Pages

______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

wtorek, 26 września 2017

Bractwo Św. Piusa X i powrót Rzymu do Tradycji



W niniejszym artykule ks. Paweł Robinson FSSPX, profesor w seminarium Bractwa w Australii, rozważa, czy kanoniczne uznanie Bractwa „takiego, jakim jest”, byłoby korzystne dla sprawy Tradycji, czy też nie.

Wstęp

Na zakończenie Kapituły Generalnej Bractwa Św. Piusa X w 2006 r. jej uczestnicy ogłosili zwyczajową przy takich okazjach deklarację. Stwierdzała ona m.in.:
„Kontakty z władzami rzymskimi, podejmowane od czasu do czasu przez Bractwo, mają jeden jedyny cel: pomóc im w przyjęciu na nowo Tradycji, której Kościół nie może wyprzeć się bez utraty swej tożsamości. Celem tych kontaktów nie jest jedynie osiągnięcie przez Bractwo jakichś własnych korzyści ani doprowadzenie do porozumienia na poziomie czysto praktycznym”.
Deklaracja wyraźnie wskazuje na dwojaki cel przyświecający FSSPX w prowadzeniu rozmów z Rzymem: przywrócenie Tradycji należnego jej miejsca oraz dobro Bractwa Św. Piusa X. Zaznacza również, że dalszy czy też ostateczny cel, jakim jest przywrócenie należnego miejsca Tradycji, ma pierwszeństwo przed celem bliższym, tj. ewentualnymi korzyściami dla Bractwa.

Jednakże od 2006 r. wiele dyskutowano na temat właściwych środków, przy pomocy których Bractwo miałoby pomóc w powrocie Rzymu do Tradycji. Najistotniejsze pytanie dotyczyło tego, czy pierwsze kroki w tym kierunku powinny być wykonane na poziomie praktycznym czy też doktrynalnym. Mówiąc konkretnie: czy byłoby lepiej dla Bractwa, aby zaakceptowało ono uregulowanie swego statusu kanonicznego, w ramach którego Rzym przyjmowałby je „takim, jakim jest”, czy też – odrzucając je – starać się wywrzeć na Rzym nacisk, aby powrócił tradycyjnej doktryny? Czy uregulowanie statusu kanonicznego FSSPX przy akceptacji Bractwa przez Rzym „takim, jakim jest”, byłoby korzyścią, czy też przeszkodą w przywróceniu Tradycji należnego jej miejsca, o co zabiega Bractwo?

W niniejszym artykule pragniemy przedstawić dwa różne stanowiska w tej kwestii: stanowisko odrzucające uregulowanie statusu kanonicznego, w ramach którego Rzym akceptowałby Bractwo „takim, jakim jest”, oraz stanowisko optujące za jego przyjęciem. Celem tego artykułu, podobnie jak tekstu Jedność wiary z papieżem Franciszkiem, nie jest ustalenie kiedy i w jakich okolicznościach akceptacja uznania kanonicznego Bractwa „takiego, jakim jest” byłaby ze strony przełożonego generalnego aktem roztropnym, ale raczej obrona publicznego stanowiska Domu Generalnego, zgodnie z którym zgoda władz rzymskich na zachowanie przez Bractwo jego tożsamości stanowi zasadniczy warunek zaakceptowania uregulowania jego statusu kanonicznego. W powyższym kontekście autor rozumie uznanie kanoniczne Bractwa, pozwalające mu pozostać „takim, jakim jest”, w tym samym sensie co Dom Generalny, a obejmuje to przede wszystkim wolność FSSPX do otwartego wyrażania swojego stanowiska doktrynalnego, kontynuowania praktyk liturgicznych oraz zachowania stanowiących jego własność nieruchomości i miejsc kultu.

Dwie uwagi wstępne

Przed zagłębieniem się w szczegóły koniecznie należy poczynić dwie uwagi wstępne. Pierwsza jest taka, że od czasu ponownego nawiązania stosunków z Rzymem w 2000 r. Bractwo Św. Piusa X dążyło do przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca zarówno na poziomie praktycznym, jak i doktrynalnym. Występując z inicjatywą dyskusji doktrynalnych bp Fellay nalegał, aby przed ich rozpoczęciem zostały spełnione przez Rzym dwa praktyczne warunki wstępne. Było nimi „uwolnienie” tradycyjnej Mszy św. oraz wycofanie dekretu o ekskomunikach biskupów Bractwa. Cytowana wyżej deklaracja wyjaśniała, w jaki sposób spełnienie tych warunków „przyniosłoby wielką korzyść Kościołowi, przywracając, przynajmniej częściowo, prawa jego własnej Tradycji”.

Wspomniane warunki wstępne zostały w mniejszym lub większym stopniu spełnione, w konsekwencji czego zostały przeprowadzone rozmowy doktrynalne. Jednakże sukces na poziomie praktycznym nie przyniósł analogicznego sukcesu na poziomie doktrynalnym. Hierarchowie prowadzący rozmowy ze strony Rzymu nie zgadzali się ze stanowiskiem zajmowanym przez FSSPX, zgodnie z którym trzy elementy nauczania II Soboru Watykańskiego (o wolności religijnej, ekumenizmie i kolegializmie) stanowią zerwanie z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Pomimo braku porozumienia Rzym zdecydował się na dalsze kroki na poziomie praktycznym, wysuwając projekt prałatury personalnej, po raz pierwszy przedstawiony w 2011 r.

Od tego czasu zostały podjęte inne praktyczne kroki w kierunku przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca. Kapłanom Bractwa została udzielona jurysdykcja zwyczajna dla udzielania sakramentu pokuty, zostały też ustanowione wytyczne określające uzyskiwanie przez nich autoryzacji w celu przyjmowania ślubowań małżeńskich zgodnie z formą kanoniczną.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć tym, którzy negują, że obecne stosunki pomiędzy Bractwem a Rzymem różnią się w czymkolwiek od stosunków z przeszłości, że przez długi okres czasu – od roku 1975 do 2007 – Rzym nie poczynił w stosunku do FSSPX żadnych ustępstw. Później jednak zmienił stanowisko, skłaniając się do akceptacji FSSPX „takim, jakim jest”. Fakt, że ustępstwa ze strony Rzymu dotyczyły niemal wyłącznie sfery praktycznej, wywołał debatę dotyczącą kwestii priorytetu, tj. czy pierwszeństwo powinny mieć kroki natury doktrynalnej, czy też praktycznej. Debata ta nie powinna jednak przesłonić oczywistego faktu, że wspomniane ustępstwa stwarzają nową sytuację. Pytanie nie brzmi już: „Co powinniśmy czynić, kiedy Rzym okazuje nam wrogość?”, ale: „Co powinniśmy czynić, gdy Rzym wykonuje gesty w naszym kierunku?”. Jedynie w tym kontekście może być stawiane nasze zasadnicze pytanie, tj. czy Bractwo powinno kontynuować ten proces na poziomie praktycznym, czy też wstrzymać się w oczekiwaniu na zwrot na poziomie doktrynalnym?

Prowadzi nas to do wniosku drugiego, a mianowicie że praktycznych kroków w kierunku przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca nie da się całkowicie oddzielić od kroków natury doktrynalnej i vice versa. Każdy krok praktyczny, prowadzący do uregulowania naszego statusu kanonicznego i zwiększenia możliwości oddziaływania Bractwa, będzie z konieczności krokiem w kierunku powrotu Kościoła do tradycyjnej doktryny; podobnie każdy krok natury doktrynalnej w kierunku skorygowania błędów Vaticanum II będzie z konieczności powodował w praktyce zwiększenie możliwości oddziaływania FSSPX. Jedyna różnica polega na tym, że niektóre kroki będą natury ściśle doktrynalnej, a jedynie pośrednio praktycznej, inne zaś zasadniczo praktyczne i mające jedynie uboczny skutek doktrynalny. Reasumując, jest niemożliwe oddzielenie tradycyjnej wiary oraz praktyki; stanowią one spójną całość. Tak więc kiedy wykonuje się gest na korzyść jednego z elementów tej całości, z konieczności działa się też na korzyść drugiego.

Rozważmy przykładowo możliwość przekształcenia Bractwa w prałaturę personalną, przy czym zaakceptowano by nas „takimi, jakimi jesteśmy”. Począwszy od dnia uregulowania statusu FSSPX w kanonicznych strukturach Kościoła istniałaby działająca na całym świecie organizacja skupiająca tradycyjnych kapłanów oraz zakonników, otwarcie głoszących, że dokumenty II Soboru Watykańskiego zawierają błędy przeciwko zdefiniowanym dogmatom wiary. Sam fakt, że Rzym aprobowałby taką organizację i pozwalał jej na głoszenie poglądów kwestionujących pewne aspekty nauczania soboru, stanowiłby dla Vaticanum II potężny cios.

Właśnie z tego powodu znany katolicki pisarz Jerzy Weigel postrzega możliwość uznania kanonicznego Bractwa „takiego, jakim jest” z niepokojem – w jego opinii dałoby to bowiem katolikom z całego świata „prawo do posiadania innego zdania”:
„Przyjęcie duchownych FSSPX do pełnej komunii z Rzymem, pozwalając im równocześnie zachować zastrzeżenia wobec wolności religijnej (i ekumenizmu) podczas składania wyznania wiary i przysięgi wierności oznaczałoby zagwarantowanie – za pomocą dziwacznego, ultra-tradycjonalistycznego precedensu – «prawa do posiadania innego zdania» wewnątrz Kościoła”1.
Choć nie zgadzamy się z Weigelem, że oznaczałoby to zagwarantowanie prawa do kontestowania całego nauczania Kościoła, nie ulega jednak wątpliwości, że dawałoby prawo do kwestionowania [dokumentów] Vaticanum II. W tym kontekście jest niemożliwe, aby uznanie kanoniczne Bractwa „takiego, jakim jest” nie przybliżało nas do potępienia błędów soboru, choć samo w sobie nie byłoby krokiem doktrynalnym, ale praktycznym. Gdyby FSSPX zostało zaakceptowane „takim, jakim jest”, jego stanowisko [doktrynalne] czy też credo musiałoby również zostać uznane za katolickie.

Ustaliwszy te dwie kwestie, możemy teraz powrócić do naszego głównego pytania: czy Bractwo powinno wykonać kolejny, zasadniczo praktyczny i pośrednio doktrynalny, krok w kierunku przywrócenia należnego miejsca Tradycji, tj. zaakceptować uregulowanie swego statusu kanonicznego? Czy też może powinno ono skoncentrować się osiągnięciu celu natury zasadniczo doktrynalnej i mającego jedynie pośrednio konsekwencje praktyczne?

Oczekiwanie na zmianę stanowiska Rzymu

Można spotkać się niekiedy z twierdzeniem, że uregulowanie statusu kanonicznego Bractwa, choć wiążą się z tym pewne korzyści, byłoby w ostatecznym rozrachunku przeszkodą dla przywrócenia należnego miejsca Tradycji. Wysuwający je osoby argumentują, że Bractwo Św. Piusa X powinno poczekać, aż Rzym ogłosi formalną deklarację potępiającą błędy Vaticanum II […]. Ich rozumowanie można streścić w następujący sposób:
  • „Celem Bractwa jest przywrócenie przez Rzym Tradycji wszystkich przysługujących jej praw”2
  • Przywrócenie tych praw polegać miałoby na tym, że „Stolica Apostolska dokonałaby publicznego sprostowania błędów doktrynalnych, stanowiących źródło bezprecedensowego kryzysu, w którym pogrążony jest po dziś Kościół”.
  • Tak więc to właśnie „takie sprostowanie jest celem, do którego powinniśmy dążyć, celem per se, ostateczną zasadą, zasadą wszelkich dalszych kroków w kontekście naszych relacji z Rzymem”.
  • Jednakże uregulowanie statusu kanonicznego Bractwa zagrażałoby osiągnięciu tego celu na dwa sposoby3:

  1. Czyniłoby stanowisko doktrynalne FSSPX jedną z wielu opinii tolerowanych w Kościele soborowym, prowadząc w konsekwencji do jego relatywizacji.
  2. Stwarzałoby niebezpieczeństwo osłabienia wyrazistości stanowiska doktrynalnego Bractwa.
  • Reasumując należy więc uznać, że uregulowanie statusu kanoniczego Bractwa raczej przeszkodzi niż pomoże w przywróceniu Tradycji należnego jej miejsca, tak więc nie powinno być akceptowane do czasu, gdy Rzym podpisze deklarację doktrynalną potępiającą błędy Vaticanum II.
Pierwszą rzeczą, jaką należy powiedzieć odnośnie do tego stanowiska jest to, że przyjmuje ono całkowicie odmienne kryterium akceptacji uregulowania statusu kanonicznego FSSPX niż – jak czynił to abp Lefebvre – zaakceptowanie go przez Rzym „takim, jakim jest”. Istnieją trzy tego powody:
  1. Jego zwolennicy nie postrzegają uregulowania statusu kanonicznego Bractwa jako aktu mogącego przyśpieszyć powrót [Rzymu] do tradycyjnej doktryny, ale raczej jako przeszkodę w tym procesie.
  2. Nie wierzą, że w przypadku uznania kanonicznego Bractwa na tych warunkach istniałyby wystarczające gwarancje dla zachowania przez nie (nieskażonej – przyp. tłum.) wiary.
  3. Nie uważają, aby Bractwo miało jakikolwiek moralny obowiązek zaakceptowania uznania kanonicznego, na mocy którego Rzym przyjmowałby je „takim, jakim jest”.
Przeanalizujmy teraz dokładniej te trzy argumenty.

1° Akceptacja uznania kanonicznego Bractwa, w ramach którego Rzym przyjmowałby je „takim, jakim jest”, stanowi przeszkodę dla powrotu Rzymu do tradycyjnej doktryny

Jak już zauważyliśmy, uregulowanie statusu kanonicznego Bractwa stanowiłoby poważny cios dla statusu doktrynalnego Vaticanum II. Jednakże zwolennicy oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu utrzymują, że posiadające uregulowany status kanoniczny Bractwo byłoby postrzegane po prostu jako grupa wyznająca jedną z wielu różnych opinii na temat II Soboru Watykańskiego. Z tego punktu widzenia byłoby lepiej dla FSSPX, aby pozostawało ono pozornie poza Kościołem, ponieważ wówczas byłoby w stanie zajmować stanowisko klarowniejsze i wzbudzać większe zainteresowanie swymi poglądami.

Pomijając już to, że ignoruje się w ten sposób fakt, iż stanowisko Bractwa obecnie jest postrzegane jako jedna z wielu opinii – a najczęściej jako opinia fałszywa – zwolennicy tej opcji wydają się ignorować normalny proces, w jakim dokonuje się odrodzenie Kościoła w okresach kryzysu. Zazwyczaj mają miejsce trzy etapy: prześladowanie, następnie tolerancja, a ostatecznie uprzywilejowanie. Przykładowo w Cesarstwie Rzymskim katolicyzm był prześladowany, za Konstantyna zaczął być tolerowany, a za kolejnych chrześcijańskich cesarzy został wyniesiony do rangi religii państwowej. Dla katolików, którzy byli skazywani na śmierć i którzy nie mogli gromadzić się publicznie w celu praktykowania swojej religii, stan tolerancji religijnej był czymś pożądanym. Nie był on dobrem absolutnym, ale względnym – i krokiem w kierunku najlepszej sytuacji, w której wiara katolicka byłaby religią państwową, do czego ma pełne prawo.

Katolikom wolno jest żądać ochrony prawnej od państwa pluralistycznego, hołdującego zasadzie wolności religijnej. Nie muszą upierać się przy znoszeniu prześladowań, czekając aż państwo nawróci się na wiarę katolicką i uczyni katolicyzm religią państwową.

Innym przykładem może być kryzys ariański – i ten przykład być może bardziej pasuje do obecnej sytuacji niż pierwszy, bowiem dotyczy okresu, w którym większość prześladowań miała swe źródło wewnątrz Kościoła. Przez pewien czas biskupi wyznający wiarę katolicką zamiast ariańskiej byli skazywani przez ariańskiego cesarza i ariańskich biskupów na wygnanie. Później do władzy doszedł Julian Apostata i przywołał z wygnania wszystkich katolickich biskupów, mając nadzieję na wywołanie jeszcze większego chaosu w Kościele. Strategia ta zawiodła, ponieważ stworzyła atmosferę tolerancji dla doktryny o bóstwie Chrystusa, która następnie odzyskała uprzywilejowane stanowisko – została uznana przez świat katolicki jako oficjalne nauczanie Kościoła.

Zwolennicy oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu chcą, aby Tradycja przeszła bezpośrednio z etapu prześladowań do etapu uprzywilejowania. Pragną, aby Rzym przeszedł od prześladowania Tradycji do jej uprzywilejowania, pomijając pośredni etap tolerancji. Ponadto postrzegają oni etap tolerancji jako raczej szkodliwy niż korzystny dla przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca. Mówiąc w skrócie, lepsze jest tu wrogiem dobrego. Jako że najlepsze rozwiązanie (uprzywilejowanie) jest tak bardzo pociągające, kwestionuje się dobro obecne w rozwiązaniu mniej doskonałym (tolerancji).

Nawiasem mówiąc, można by także zauważyć, że pomimo iż marginalizowanie Bractwa przez minionych 40 lat chroniło je w pewnym stopniu, nie sposób jednak utrzymywać, że przyczyniło się do popularyzacji poglądów głoszonych przez FSSPX. Przeciwnie, Bractwo zostało w wielkim stopniu zamknięte przez swych wrogów w swoistym getcie, aby głoszone przez nie poglądy nie mogły rozpowszechniać się w Kościele – i ta strategia okazała się całkiem skuteczna.

2° Akceptacja uregulowania statusu kanonicznego Bractwa, w ramach którego Rzym przyjmowałby je „takim, jakim jest”, niesie za sobą zagrożenie dla wiary

Drugi argument wysuwany przez zwolenników oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu brzmi, że jeśli Bractwo zostanie oficjalnie włączone do sprzyjającego herezji Kościoła soborowego, trudno będzie mu w dalszym ciągu występować przeciwko błędom Vaticanum II. Kłopotliwym aspektem tego argumentu jest fakt, że wydaje się on znajdować poparcie w słowach Arcybiskupa4:
„Tym, o co chodzi nam przede wszystkim, jest zachowanie wiary katolickiej. To właśnie tego dotyczy nasza walka. Kwestia czysto kanoniczna, dotycząca posiadania oficjalnego statusu w Kościele, ma znaczenie drugorzędne. Ważne jest, aby pozostać w Kościele […] w Kościele, czyli przy wyznawaniu wiary katolickiej wszech czasów, z prawdziwym kapłaństwem, z prawdziwą Mszą, z prawdziwymi sakramentami, z katechizmem wszech czasów, z Biblią wszech czasów”5.
Pozorny paradoks polega na tym, że Arcybiskup był w oczywisty sposób zwolennikiem akceptacji uregulowania statusu kanonicznego Bractwa przy równoczesnym zagwarantowaniu przez Rzym jego tożsamości. Weźmy na przykład słowa wypowiedziane przezeń podczas kazania wygłoszonego w październiku 1987 r., w 40. rocznicę jego sakry biskupiej:
„Jeśli Rzym chciałby zagwarantować nam prawdziwą autonomię, taką, jaką mamy obecnie, wymagając od nas podporządkowania się Ojcu Świętemu, przystalibyśmy na to – zawsze pragnęliśmy być podporządkowani Ojcu Świętemu”6.
Uczciwość wobec Arcybiskupa wymaga, byśmy starali się pogodzić ze sobą te dwa cytaty. Jeśli w pierwszym z nich mówi on, że zachowanie wiary jest ważniejsze niż uregulowanie sytuacji kanonicznej, bez wątpienia odnosi się do sytuacji, w której dla uzyskania uznania kanonicznego Bractwo musiałoby zaakceptować nową Mszę, wolność religijną lub spełnić jakiś podobny warunek. Nie twierdzi, że gdyby Bractwu zaoferowano uregulowanie jego statusu, przy czym Rzym zaakceptowałby je „takim, jakim jest”, znalazłoby się ono w niebezpieczeństwie odejścia od tradycyjnej doktryny, tak więc lepiej, aby pozostawało w dalszym ciągu marginalizowane niż zgodziło się na uregulowanie swego statusu, w obrębie którego mogłoby zachować swoje stanowisko w kwestiach doktrynalnych.

W pierwszym z przytoczonych cytatów Arcybiskup stwierdza, że postawione w obliczu wyboru Bractwo powinno przedkładać zachowanie wiary katolickiej nad uregulowanie swego statusu kanonicznego. W cytacie drugim mówi natomiast, że jeśli mogłoby ono zachować (nieskażoną – przyp. tłum.) wiarę, prawdziwe kapłaństwo, prawdziwą Mszę, prawdziwe sakramenty, prawdziwy katechizm etc., JAK RÓWNIEŻ posiadać uregulowany status kanoniczny, powinno na to przystać.

Trzeba też zauważyć, że zwolennicy oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu wydają się nie dostrzegać zagrożeń dla wiary, na jakie wystawione jest Bractwo pozostając przez całe dekady bez uregulowanego statusu kanonicznego. Gdyby podzielić księży, którzy opuścili FSSPX na dwie grupy: tych, którzy przeszli do tzw. ruchu oporu lub przyjęli stanowisko sedewakantystyczne oraz tych, którzy zaczęli odprawiać nową Mszę, okazałoby się, że pierwsza z nich jest znacznie liczniejsza. Niewspółmiernie wysoka liczba byłych księży Bractwa, którzy utracili wiarę w widzialność i autorytet Kościoła, powinna stanowić jasną wskazówkę, że nienormalna sytuacja, w jakiej znajduje się FSSPX, sama w sobie niesie za sobą niebezpieczeństwo utraty wiary w Kościół. Tak więc rzekome bezpieczeństwo zachowania wiary, jakie miałby gwarantować nieuregulowany status kanoniczny, okazuje się bardzo iluzoryczne.

W celu uwidocznienia tego w sposób konkretny przejdźmy teraz do punktu trzeciego.

3° Akceptacja przez Bractwo uregulowania jego statusu kanonicznego, w ramach którego Rzym przyjmowałby je „takim, jakim jest”, jest aktem moralnie obojętnym

Zwolennicy wyczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu postrzegają akceptację uregulowania statusu kanonicznego Bractwa przyjmującego je „takim, jakim jest”, jako moralnie obojętną7. Innymi słowy uważają oni, że FSSPX nie ma moralnego obowiązku akceptacji lub odrzucenia propozycji uregulowania swego statusu kanonicznego. Konsekwentnie wolno mu odrzucić ją ze względów ubocznych, nie dotyczących aktualnej propozycji, ale innych okoliczności. Wolno mu również stawiać ze swej strony warunki akceptacji takiej propozycji, jak np. potępienie błędów Vaticanum II.

Dla zilustrowania tej postawy można się posłużyć pewnym porównaniem – choć bez wątpienia pod wieloma względami niedoskonałym. Wyobraźmy sobie mianowicie, że dziecko ma ojca pijaka, który notorycznie każe mu robić rzeczy obiektywnie złe. Pewnego dnia wydaje mu jednak polecenie, którego wykonanie wprowadziłoby pewien ład do życia rodzinnego. Nie byłoby rzeczą słuszną, aby w sytuacji takiej dziecko powiedziało mu: „Ze względu na twoje pijaństwo posłuszeństwo twemu poleceniu jest kwestią moralnie obojętną. Tak długo, jak nie porzucisz swego nałogu, korzystniejsze jest dla mnie nie uznawanie twoich aktów władzy – nawet słusznych, które mogłyby doprowadzić do uzdrowienia naszego życia rodzinnego – ponieważ nie uznając ich będę w stanie skuteczniej ukazywać wartość cnoty trzeźwości i wywierać na ciebie nacisk, abyś porzucił złe nawyki”.

W rzeczywistości ojciec zachowuje prawo do egzekwowania posłuszeństwa we wszystkim, co jest obiektywnie dobre. Uregulowanie statusu kanonicznego Bractwa nie jest czymś moralnie obojętnym, ale dobrym, jako że naprawia istniejącą w Kościele niesprawiedliwość. Jak stwierdził bp Fellay w „Cor Unum” z kwietnia 2014 r.: „Samo w sobie uznanie kanoniczne jest wielkim dobrem”. Fakt, że jest to moralnie dobre, nakłada na FSSPX obowiązek zaakceptowania go, o ile nie stwarza ono zagrożenia dla wiary. Obowiązek zachowania wiary posiada bez wątpienia pierwszeństwo, jednak obowiązek posiadania właściwych relacji z Następcą Piotra nie jest czymś opcjonalnym.

W sposób jednoznaczny mówił o tym sam Arcybiskup:
„Fundamentalną zasadą, na której opiera się stanowisko i działanie Bractwa w bolesnym czasie kryzysu w Kościele, jest zasada nauczana przez św. Tomasza z Akwinu w jego Sumie teologicznej: nie sprzeciwiać się władzy Kościoła poza przypadkiem bezpośredniego zagrożenia dla wiary”8.
Mówiąc w skrócie, zwolennicy oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu popełniają błąd, zmieniając kryterium akceptacji uznania kanonicznego z „możliwości zachowania przez Bractwo tradycyjnej wiary” na „wyznawanie tradycyjnej wiary przez Rzym”. Po bliższej analizie argumenty, jakie wysuwają w celu wykazania, że akceptacja uznania kanonicznego Bractwa „takiego, jakim jest” stanowiłaby przeszkodę dla przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca okazują się fałszywe, przez co teza ta upada.

Stanowisko Arcybiskupa

Pozostaje nam jeszcze wyjaśnienie faktu, że sam Arcybiskup wypowiadał się na rzecz akceptacji uznania kanonicznego Bractwa, gwarantującego mu pozostanie „takim, jakim jest”. Powinniśmy się przy tym wystrzegać budowania argumentacji na wyrwanych z szerszego kontekstu słów naszego Założyciela – o wiele lepszą metodą będzie skoncentrowanie się na jego zasadniczej idei i przeanalizowanie, w jaki sposób starał się on ją urzeczywistnić przez całe swoje życie.

Innymi słowy – musimy przyjrzeć się wizji Arcybiskupa odnośnie do roli FSSPX i rozważyć, w jaki sposób ta wizja wpłynęła na negocjacje, które prowadził on z Rzymem w kwestii statusu Bractwa w Kościele.

Odnowa Kościoła poprzez kapłanów

Należy pamiętać, że wizja roli, jaką Arcybiskup miał później wyznaczyć Bractwu, zaczęła się kształtować jeszcze przed nastaniem kryzysu w Kościele. Już w latach 50. XX wieku marzył on o pracy nad odnową Kościoła. W jego zamyśle najważniejszym, a nawet jedynym środkiem prowadzącym do tej odnowy było kapłaństwo. Kapłaństwo, udzielane poprzez sakrament święceń, jest w Kościele fundamentalnym źródłem ładu, pozostaje też w ścisłym związku z głównym aktem służącym przywracaniu ładu w upadłym świecie – najświętszą ofiarą Mszy. To właśnie ta wizja była tłem słynnego „widzenia” Arcybiskupa w katedrze w Dakarze w latach 50.::
„Marzenie, by przekazać, wobec postępującej degradacji ideału kapłańskiego, katolickie kapłaństwo naszego Pana Jezusa Chrystusa […] Jak mógłbym zrealizować to, co jawiło mi się wówczas jako jedyny sposób na ożywienie Kościoła i chrześcijaństwa? To było jedynie marzenie, jednak zrozumiałem już wówczas potrzebę nie tylko przekazywania autentycznego kapłaństwa i zdrowej nauki, zaaprobowanej przez Kościół, ale również wzniosłego i niezmiennego ducha katolickiego kapłaństwa […], nierozerwalnie związanego z wielką modlitwą naszego Pana, którą na wieki wyraża Jego ofiara na krzyżu”9.
To właśnie dążąc do urzeczywistnienia tej wizji, Arcybiskup – zakładając Bractwo Św. Piusa X – za jego cel główny i zasadniczy uznał „kapłaństwo oraz wszystko, co do niego przynależy i jedynie to, co jego dotyczy”10. „Jesteśmy wspólnotą kapłańską. Zasadniczą cechą naszego Bractwa jest jego kapłańska natura. Taki jest jego cel”11.

Dla Arcybiskupa szczególne znaczenie miał fakt, że cel przyświecający założeniu Bractwa nie miał natury negatywnej, ale pozytywną. Bractwo nie zostało powołane do życia, aby krytykować Rzym oraz sobór. Coś takiego Arcybiskup uznałby za niewłaściwe. Zostało ono założone, aby wykonywać pracę pozytywną, aby formować dobrych księży:
„[Bractwo Św. Piusa X] nie narodziło się z ducha kontestacji, ducha sprzeciwu. Bynajmniej! Zrodziło się ono w sposób, w jaki rodzą się dzieła Kościoła, tj. z zaistniałej potrzeby: potrzeby zapewnienia dobrej formacji kapłańskiej”12.
Arcybiskup nie założył Bractwa w celu uleczenia kryzysu w Kościele. Pragnął oczywiście, aby przyczyniło się ono do jego odbudowy, jednak na sposób właściwy dla bractwa kapłańskiego. Kościół nie powierzył FSSPX – aprobując jego statuty – zadania wyprowadzenia go z kryzysu; nie posiada ono też po temu koniecznych środków, gdyż te pozostają w rękach Rzymu, a jego założyciel nie powołał go do życia w bezpośrednim celu uzdrowienia Kościoła. Tak więc praca na rzecz uzdrowienia Kościoła jest jedynie dalszym celem Bractwa, zaś formowanie dobrych kapłanów – jego celem bliższym.

Rozróżnienie to jest ważne. Gdyby bliższym celem Bractwa było uzdrowienie Kościoła, wówczas dla osiągnięcia tego celu powinno ono wykorzystywać wszelkie dostępne środki, nie koncentrując się na formacji dobrych kapłanów. Ponieważ jednak jego celem bliższym jest formowanie dobrych księży, zatem środki, przez które może ono przyczynić się do uzdrowienia Kościoła, zostały już wyznaczone i nie mogą się zmienić, przynajmniej o ile Bractwo pragnie zachować swą tożsamość.

W jaki sposób wspólnota kapłańska przyczynia się do uzdrowienia Kościoła

Możemy sobie zadać pytanie, w jaki konkretnie sposób wspólnota kapłańska przyczynia się do uzdrowienia Kościoła. Przedstawiliśmy już wizję Arcybiskupa w jej ogólnych zarysach: należy formować kapłanów zachowujących czystość doktrynalną oraz ożywionych duchem misyjnym. W jaki jednak sposób ci kapłani mogą się przyczynić do przezwyciężenia najpoważniejszego kryzysu w historii Kościoła?

Najbardziej jasne wypowiedzi Arcybiskupa w tej kwestii można znaleźć w pierwszej konferencji wygłoszonej przez niego podczas rekolekcji wielkopostnych bezpośrednio przed konsekracjami biskupimi. Można wręcz zastanawiać się, czy owa konferencja z kwietnia 1988 r. nie powinna być postrzegana jako swoiste rozwinięcie wizji z Dakaru. Ze względu na jej znaczenie, po niniejszym artykule zamieszczamy jej obszerny fragment13.

W tym rozwinięciu założyciel FSSPX przedstawia swą wizję dotyczącą tego, w jaki sposób założonemu przez niego bractwu kapłańskiemu mogłyby zostać stworzone warunki, dzięki którym skutecznie przyczyniałoby się ono do przywrócenia Tradycji należnego jej miejsca. Wszystko to rozpoczęłoby się od uregulowania statusu kanonicznego Bractwa, które zostałoby zaakceptowane przez Rzym „takim, jakim jest”. Naturalną konsekwencją tego kroku byłoby udzielenie mu zgody na otwarcie placówki w Rzymie. Po pewnym czasie otrzymałoby ono jeden z tamtejszych kościołów, które obecnie nie są używane. Następnie w Rzymie zostałoby założone seminarium, które przyciągnęłoby wiele powołań z całego świata. A ponieważ większość biskupów wywodzi się spośród kapłanów formowanych w seminariach rzymskich, wielu księży pochodzących z rzymskiego seminarium Bractwa zostałoby w przyszłości biskupami i kierowało diecezjami na całym świecie.

A przywrócenie należnego miejsca Tradycji? W pewnym momencie, wskutek zwiększającego się wpływu Tradycji ze względu na obecność Bractwa w Rzymie, istnienie w tym mieście jego seminarium, a także uformowanych przez FSSPX kapłanów i biskupów, Rzym powróciłby ponownie do swej własnej Tradycji.

„To piękne marzenie” – mówi Arcybiskup – „ale kto wie?”. Jest to marzenie, które pozostaje w doskonałej zgodzie z koncepcją założonego przez niego bractwa kapłańskiego: formujcie dobrych księży wyznających integralną wiarę katolicką, a przez ten fakt pomożecie uzdrowić Kościół.

Konkluzja

Abp Lefebvre wierzył w rolę właściwie uformowanych kapłanów w dziele uzdrowienia Kościoła – właśnie dlatego założył bractwo kapłańskie, którego celem jest formacja księży głoszących integralną doktrynę i ożywionych misjonarską gorliwością. Sam Kościół, aprobując statuty FSSPX, przekazał Bractwu zadanie formowania dobrych kapłanów, zaś Bractwo posiada wszelkie środki niezbędne do realizacji tego celu. Jednakże, ze względu na nielegalne zniesienie FSSPX w 1975 r., sytuacja kanoniczna Bractwa stała się oficjalnie nie uregulowana, było ono zwalczane przez władze Kościoła i wszelkimi środkami uniemożliwiano mu wypełnianie jego misji. Ponieważ nasz Założyciel powołał do życia Bractwo w celu formowania dobrych kapłanów, a uregulowanie jego statusu kanonicznego poprzez akceptację go „takim, jakim jest” umożliwiłoby mu wypełnianie tej misji w szerszym zakresie, Arcybiskup był zwolennikiem takiego rozwiązania.

Zwolennicy oczekiwania na deklarację doktrynalną ze strony Rzymu uważają natomiast, że głównym celem Bractwa jest dążenie do uzdrowienia Kościoła, konsekwentnie nie postrzegają więc uregulowania jego statusu kanonicznego przy akceptacji FSSPX „takiego, jakim jest” za sprzyjające osiągnięciu tego celu. Pragnęliby wykorzystać nieuregulowany status kanoniczny FSSPX jako narzędzie służące do wywierania na Rzym nacisku, aby potępił on błędy Vaticanum II. Zajmując takie stanowisko, kierują się wizją różną od wizji Arcybiskupa, wizją, w której Bractwo nie stara się przyczynić do uzdrowienia Kościoła głównie poprzez formację kapłanów wyznających nieskażoną wiarę, ale raczej poprzez wywieranie na Rzym nacisku, aby powrócił do Tradycji.



Abp Marceli Lefebvre, Rekolekcje wielkopostne 1988

Pozostajemy wierni zasadzie, zgodnie z którą zachowanie wiary ma pierwszeństwo przed posłuszeństwem. Pierwszym obowiązkiem jest posłuszeństwo wierze. Posłuszeństwo wierze ma pierwszeństwo przed posłuszeństwem ludziom, których obowiązkiem jest przekazywanie nam wiary. Jest to oczywiste, poza tym jednak znajdujemy się w opozycji względem tych, którzy atakują wiarę. Toczymy dwojaką walkę: walkę z błędami, jak również z tymi, którzy te błędy propagują. Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy mogli być przeciwnikami błędów, nie występując równocześnie przeciwko głoszącym je ludziom. Właśnie z tego powodu nasi wrogowie mogą wysuwać argument: „Walczycie z Rzymem, tak więc jesteście przeciwko Rzymowi, przeciwko papieżowi, przeciwko soborowi, a więc jesteście poza Kościołem!”. Takie reakcje są całkowicie zrozumiałe i łatwo jest wysuwać tego rodzaju zarzuty, jednak opierają się one na fałszywej przesłance. Zakłada się bowiem, że Rzym nigdy nie popełnia błędów, co jest nieprawdą.

Takie jest więc nasze stanowisko, o ile jednak naszym zadaniem jest zwalczać błędy, a również sprzeciwiać się i okazywać nieposłuszeństwo tym, którzy je głoszą, nie zwalnia nas to od obowiązku dążenia do utrzymywania z nimi kontaktu, aby próbować ich nawrócić, aby próbować doprowadzić ich na powrót do Tradycji. Taką postawę można by uznać za przejaw arogancji z naszej strony, nie jest to też dla nas łatwe, a jednak właśnie tego wymaga od nas Bóg. O ile zaistnieje taka konieczność, powinniśmy starać się nawrócić nawet naszych przełożonych! Jesteśmy za to krytykowani. Jest jednak jasne, że to oni są w błędzie, że sprzeciwiają się temu, czego nauczali ich poprzednicy. [Przykładowo] mamy dwa teksty: dokument ogłaszany obecnie oraz dokument ogłoszony wcześniej są ze sobą całkowicie sprzeczne. Komu w tej sytuacji mamy być posłuszni? Autorom dokumentów ogłaszanych dawniej, czy też teraz? Nie możemy być posłuszni i jednym, i drugim. Na tym polega dylemat. To właśnie powiedziałem Pawłowi VI, kiedy spotkałem się z nim w Castel Gandolfo: „Ojcze Święty, znajdujemy się w niewiarygodnej sytuacji. Mamy obowiązek okazania nieposłuszeństwa Tobie, aby zachować posłuszeństwo względem Twoich poprzedników. Postaw się na naszym miejscu. To nieprawdopodobna sytuacja. Pomyśl, co to oznacza dla wiernych! Istnieje sprzeczność pomiędzy tym, czego naucza Sobór oraz Quanta cura Piusa IX”. „Och, to nie czas na uprawianie teologii”. To łatwo powiedzieć, ale nie jest to odpowiedź (na moje pytanie – przyp. tłum.). To poważna sprawa.

Takie więc stanowisko zajmujemy i zamierzamy przy nim wytrwać. Jednak utrzymywanie kontaktów z Rzymem jest sprawą dość delikatną, ponieważ w tym samym czasie, gdy ich krytykujemy, musimy również z nimi korespondować, musimy się z nimi co jakiś czas spotykać, przynajmniej z przedstawicielami papieża. Cóż, Bóg pozwala, aby sprawy toczyły się właśnie w taki sposób, abyśmy zachowywali więź z Rzymem w tym samym czasie, w którym bezkompromisowo go krytykujemy. Listy, które ja oraz bp de Castro Mayer wysyłaliśmy do papieża, nie były zbyt łagodne. To ostatnia rzecz, jaką można by o nich powiedzieć. To samo można powiedzieć o obrazku mego autorstwa, który spotkał się z krytyką nawet ze strony licznych tradycjonalistów. Trafił on nawet do rąk papieża. Powiedział mi o tym kard. Ratzinger. W oczywisty sposób specjalnie mu (tj. papieżowi – przyp. tłum.) się on nie spodobał. Powiedziałem jednak kard. Ratzingerowi: „Gdyby tylko mogło to uratować jego duszę…”. Odpowiedział: „Poucza Ekscelencja papieża!”. To jednak prawdy katechizmowe! Wpuszcza on (tj. papież – przyp. tłum.) do Kościoła wszystkie złe duchy, a następnie chce być w przyjaźni z Bogiem! Musi wybrać. Albo przechodzi całkowicie na stronę demonów i przebywa z demonami, albo trzyma stronę Boga i wyrzuca złe duchy. To przecież rzeczy oczywiste. To jak katechizm w obrazach. Pomimo tego wszystkiego chcą oni z nami korespondować, chcą traktować nas jako partnera do rozmów. Wydawało mi się także, że należy zawsze trzymać się zasady, że lepiej jest przekonywać poprzez fakty niż przez kampanię propagandową, jaka mogłaby zostać przeprowadzona przez wszystkie media, przez radio, telewizję etc.

Uważam, że lepiej, abyśmy dawali się poznać poprzez nasze dzieło niż przez produkowane przez nas materiały wideo, abyśmy dawali się poznać poprzez projekty, jakie aktualnie realizujemy: seminarium w jednym miejscu, dom rekolekcyjny w innym, otwieranie kolejnych szkół i przeoratów – oczywiście dzięki pomocy Bożej, to On sam wspiera nas w naszym dziele – jako że staramy się pracować dla Zbawiciela, dla Kościoła – i Chrystus rzeczywiście nam pomaga. Niedawna wizytacja przedstawicieli Rzymu (w listopadzie i grudniu 1987 r. kard. Edward Gagnon, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny, jako wizytator apostolski odwiedził większość ważnych ośrodków Bractwa – przyp. red. WTK) była możliwa właśnie dlatego, że po 12 latach naszej walki, od 1975 do 1987 r., ostatecznie sam Rzym uznał, że nie może traktować nas tak, jakbyśmy nie istnieli. Bractwo nie jest niczym, tradycjonaliści (wliczając do tej grupy tych wszystkich, którzy toczą tę samą co my walkę i którzy utrzymują z nami stosunki) nie są niczym. Tak więc Rzym uznał, że musi coś zrobić, czego konsekwencją jest niedawna wizytacja – i uważam, że już sam ten fakt jest wielkim zwycięstwem Tradycji, ponieważ wizytacja istotnie miała miejsce. Szczegóły znajdziecie w ostatnim numerze „Fideliter”. Wizytacja wypadła pomyślnie, wyrażane w jej trakcie opinie były względem nas jednoznacznie życzliwe do tego stopnia, że msgr Perl powiedział do sióstr z Fanjeaux: „To przy pomocy dzieł takich jak wasze dokonuje się odbudowa Kościoła”. Trudno o większy komplement. I myślę, że wypowiadając te słowa miał on na myśli wszystko, co widział podczas swej wizyty, ponieważ mniej więcej te same komplementy wypowiadał wszędzie, podobnie zresztą jak kardynał. Na koniec, co sami mogliście zobaczyć, kardynał oficjalnie asystował 8 grudnia we Mszy przy okazji odnowienia ślubów (w Bractwie – przyp. tłum.). Asystowanie przez kardynała we Mszy sprawowanej przez osobę zasuspendowaną a divinis jest czymś raczej niezwykłym. Takie było zakończenie tej wizytacji. Stanowi to już część historii, nie da się tego wymazać. Kiedy pewnego dnia będzie się pisać historię Bractwa, historię naszego oporu, historię naszej walki, znajdą się w niej również te fakty. To pewne.

Można mówić co się chce, również sam Rzym może później uczynić co chce, nawet ogłosić dementi: „To nie chodziło o to… On wcale tego nie powiedział…”. Fakt pozostaje faktem, te słowa zostały wypowiedziane, to już element historii. Rzym musi uznać [prowadzone przez nas] dzieło na rzecz kontynuowania Tradycji za służące odbudowie Kościoła, jego własnej kontynuacji. Muszą to uznać.

Czy jednak prowadzona przez nas walka oraz rozwój Bractwa wystarczą, aby udało się nam doprowadzić do powrotu Tradycji do samego Rzymu? To tajemnica Boga. Jest to możliwe, możliwe jest osiągnięcie pewnych rezultatów w tym kierunku, nie idąc równocześnie na żadne kompromisy, piętnując w dalszym ciągu błędy, trwając po stronie prawdy i Tradycji. Niech Rzym udzieli nam tego, o co prosimy: abyśmy mogli posiadać w Rzymie placówkę, abyśmy mogli mieć tam naszego oficjalnego przedstawiciela, nie żądając od nas ustępstw, kompromisu, nie wymagając od nas zaakceptowania w zamian ich błędów. Byłoby to drugie zwycięstwo Tradycji, definitywne zwycięstwo sprawy Zbawiciela. Dlaczego bowiem nie miano by przekazać nam, skoro zostalibyśmy w ten sposób oficjalnie uznani, któregoś z tamtejszych kościołów? Nie byłoby już żadnego powodu, aby nam tego odmawiać. Jest w Rzymie tyle kościołów, które nie są wykorzystywane. Mogliby przekazać nam jeden z nich, to zaś oznaczałoby oficjalny powrót Tradycji do Kościoła Rzymskiego, ze wszystkimi tradycyjnymi obrzędami. Byłoby to coś niesamowitego. I nie ma wątpliwości, że rezultaty tego byłyby bardzo poważne.

Tak więc, jak już powiedziałem, stanowiłoby to drugi krok. Jest to bez wątpienia scenariusz, którego ziszczenie się nadal trudno sobie wyobrazić, ale kto wie? Gdyby zechcieli uznać wartość naszych seminariów, wartość prowadzonej przez nas formacji kapłańskiej i dać nam seminarium w Rzymie, stanowiłoby to ukoronowanie naszego dzieła. Przenieślibyśmy was wszystkich do Rzymu, panowie profesorowie, i moglibyście prowadzić wszystkie wasze zajęcia po łacinie. Bez wątpienia nie zabrakłoby nam bowiem wówczas seminarzystów, zakładając że pojawialiby się oni z dobrymi intencjami, nie z zamiarem zniszczenia nas, podzielenia nas, szerzenia wśród nas swoich błędów. Jeśli jednak młodzi ludzie – przybywający z całego świata do Rzymu, aby odbyć w nim studia teologiczne – trafialiby do nas, do naszego seminarium, kontynuowalibyśmy dzieło, które Rzym prowadził przez całe wieki na swoich uniwersytetach: Gregoriańskim, Angelicum i Laterańskim. Z tych trzech wielkich rzymskich uniwersytetów pochodziło 60 do 70% wszystkich biskupów świata. Nie ma więc powodu, dla którego nasze seminarium w Rzymie, o ile spodoba się Bogu, nie miałoby również formować przyszłych biskupów dla całego świata katolickiego. Jak widzicie, trochę nadziei wciąż pozostaje! Z Bożą pomocą wszystko to jest możliwe. To piękne marzenie, ale kto wie? Bóg może sprawić, że się urzeczywistni. Albowiem powrót całego świata chrześcijańskiego do Tradycji może dokonać się jedynie przy pomocy Rzymu. My ze swej strony możemy czynić wszystko, co tylko w naszej mocy, i bez wątpienia to czynimy. Jest jednak konieczne, aby sam Rzym zwieńczył to dzieło, powracając do swej własnej Tradycji. W innym przypadku będzie to niemożliwe.



PRZYPISY:
  1. https//www.firstthings.com/web-exclusives/2017/04/lets-not-make-a-dealat-least-this-deal 
  2. Ten i kolejne cytaty pochodzą z tekstu Pour une entente doctrinale ?, zamieszczonego w „Courrier de Rome” z maja 2017 r. 
  3. Ibidem, par. 28–29. 
  4. Za: ibidem, par. 29. 
  5. Konferencja duchowa wygłoszona w Ecône 21 grudnia 1984 r. 
  6. „The Angelus”, listopad 1987, s. 8. 
  7. Patrz „Courrier de Rome”, maj 2017 r., Pour une entente doctrinale ?, par. 28. 
  8. List do Przyjaciół i Dobroczyńców z USA, 28 kwietnia 1983 r. 
  9. Podróż duchowa, str. 5. 
  10. Statuty FSSPX. 
  11. Priestly Holiness, s. 444. 
  12. Ibidem, s. 439. 

Źródło informacji: https://news.fsspx.pl

Kontrowersje wokół ruchów charyzmatycznych w Kościele katolickim



Piotr przez wiele lat był w tzw. Odnowie w Duchu Świętym. Opowiada nam o swoich doświadczeniach i dzieli się wiedzą, którą nabył usiłując rozwiać narastające wątpliwości.

poniedziałek, 25 września 2017

List do przewielebnych biskupów konferencji episkopatu o interpretacji dokumentów II Soboru Watykańskiego




ŚWIĘTA KONGREGACJA NAUKI WIARY

List do przewielebnych biskupów konferencji episkopatu o interpretacji dokumentów II Soboru Watykańskiego

( Cum Oecumenicum Concilium )

Niedawno zakończony Sobór Watykański II ogłosił pełne mądrości dokumenty, dotyczące zagadnień doktrynalnych, jak również dyscyplinarnych, w celu skutecznego rozwijania życia Kościoła. Na całym Ludzie Bożym spoczywa dzisiaj poważny obowiązek włączenia się w podjęcie tego wszystkiego, co - pod natchnieniem Ducha Świętego - zostało zaproponowane lub orzeczone przez to powszechne zgromadzenie Biskupów, któremu przewodniczył Ojciec Święty.

Na hierarchii spoczywa prawo i obowiązek czuwania nad zapoczątkowanym przez Sobór ruchem odnowy, przewodzenia mu i promowania go w taki sposób, aby Dokumenty i Dekrety Soboru były prawidłowo interpretowane i wprowadzane w życie zgodnie z ich celem i duchem. Nauczanie soborowe musi być więc strzeżone przez Biskupów, gdyż - pod przewodnictwem Piotra - pełnią oni misję autentycznego nauczania. W sposób godny pochwały niektórzy biskupi zaczęli już wyjaśniać nauczanie Soboru.

Trzeba jednak z bólem stwierdzić, że z różnych stron nadchodzą smutne wiadomości o nadużyciach, wynikających z interpretacji nauczania Soboru, jak również z pewnych pojawiających się tu i ówdzie błędnych opinii, które wywołują w wiernych duże zaniepokojenie. Są godne uznania studia i wysiłki zmierzające do głębszego poznania prawdy, słusznie rozróżniając między tym, co należy do istoty wiary, i tym, co jest przedmiotem opinii. Z przeanalizowanych przez Świętą Kongregację Nauki Wiary dokumentów wynika jednak, że chodzi o wiele stwierdzeń, które łatwo przechodząc ponad granicami hipotez lub opinii, wydają się w pewnej mierze dotykać podstaw wiary.

Będzie więc czymś właściwym wskazać przykłady takich opinii i błędów, na które zwracają uwagę raporty kompetentnych osób oraz, i które są zawarte w publikacjach.

1) Na pierwszym miejscu dotyczy to świętego Objawienia: są tacy, którzy odwołują się do Pisma Świętego, pozostawiając zupełnie na boku Tradycję, lecz zawężają zakres i siłę natchnienia biblijnego i wolności od błędu oraz nie rozumieją prawidłowo wartości tekstów historycznych.

2) Jeśli chodzi o naukę wiary, przyjmuje się, że formuły dogmatyczne podlegają ewolucji historycznej do tego stopnia, że również samo ich obiektywne znaczenie ulega zmianie.

3) Nauczanie zwyczajne Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, szczególnie Papieża, jest niekiedy niedoceniane i pomniejszane do tego stopnia, jak gdyby należało do zakresu wolnych opinii.

4) Niektórzy jakby nie uznają absolutnej, stałej i niezmiennej prawdy obiektywnej oraz wszystko poddają pewnego rodzaju relatywizmowi, pod pretekstem, że każda prawda w sposób konieczny rozwija się ewolucyjnie, idąc za ewolucją świadomości i historii.

5) Dotyka się osoby naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdy wypracowując doktrynę chrystologiczną, stosuje się do natury i osoby pojęcia zbyt odległe od nauczania soborowego, zawartego w orzeczeniach dogmatycznych. Pojawia się pewnego rodzaju humanizm chrystologiczny, który redukuje Chrystusa do prostego człowieka, który otrzymał świadomość swego synostwa Bożego. Mówi się o Jego dziewiczym poczęciu, cudach i samym zmartwychwstaniu, ale to wszystko jest redukowane w tych wypowiedziach do porządku czysto naturalnego.

6) W podobny sposób, niektóre aspekty teologii sakramentalnej albo są ignorowane, albo nie są podejmowane w odpowiedni sposób; dotyczy to szczególnie Eucharystii. Co do rzeczywistej obecności pod postacią chleba i wina, nie brakuje takich, którzy mówią o niej, skłaniając się do przesadnego symbolizmu, jak gdyby na mocy przeistoczenia chleb i wino nie zmieniały się w Ciało i Krew naszego Pana Jezusa Chrystusa, ale po prostu zmieniały znaczenie. Są tacy, którzy mówiąc o Mszy świętej za bardzo skłaniają się do pojęcia agape, z uszczerbkiem dla pojęcia ofiary.

7) Niektórzy źle interpretują Sakrament Pokuty, uważając go za środek pojednania z Kościołem, nie wyrażając wystarczająco pojęcia pojednania z obrażonym Bogiem. Przyjmują również, że w sprawowaniu tego Sakramentu nie jest konieczne osobiste wyznanie grzechów, zadowalając się wyrażeniem jego funkcji społecznego pojednania z Kościołem.

8) Nie brakuje takich, którzy bądź nie uwzględniają prawidłowo nauczania Soboru Trydenckiego o grzechu pierworodnym, bądź wyjaśniają go w taki sposób, że pierworodna wina Adama i przekazywanie jego grzechu pozostają mocno zaciemnione.

9) Nie mniejsze błędy propaguje się w teologii moralnej. Wielu odważa się nawet odrzucać obiektywne kryterium moralności; inni nie uznają prawa naturalnego, przyjmując natomiast tak zawaną etykę sytuacyjną. Propaguje się szkodliwe opinie dotyczące moralności i odpowiedzialności w dziedzinie seksualnej i małżeństwa.

10) Należy do tego dodać kilka słów na temat ekumenizmu. Stolica Święta rzeczywiście pochwala tych, którzy w duchu soborowego Dekretu o ekumenizmie podejmują inicjatywy zmierzające do rozwijania miłości wobec braci odłączonych i do przybliżenia ich do Kościoła; ubolewa jednak z tego powodu, że są również tacy, którzy - interpretując na własną rękę dekret soborowy - popierają działalność ekumeniczną, obrażającą jedność wiary i Kościoła oraz propagują niebezpieczny irenizm i indyferentyzm całkowicie obcy duchowi Soboru.

Te niebezpieczne błędy, rozpowszechnione w takim czy innym miejscu, zostały zebrane w sposób sumaryczny w tym Liście do Ordynariuszy miejsca, aby każdy, stosownie do swojej misji i swojego urzędu, podjął się wyeliminowania ich lub przeciwdziałania im.

Święta Kongregacja Nauki Wiary prosi usilnie Ordynariuszy, zgromadzonych w Konferencjach Episkopatu, by rozważyli te zagadnienia, a odpowiednie wnioski przekazali Stolicy Świętej, przesyłając je do Bożego Narodzenia tego roku.

Ordynariusze i ci wszyscy, którym uznają oni za właściwe pokazanie tego listu, niech strzegą go pod ścisłym sekretem, ponieważ z roztropnych powodów nie zaleca się jego publikacji.

Rzym, 25 lipca 1966 r.

A. Kard. OTTAVIANI
Pro-Prefekt

_________________________

AAS 58 (1966) 659-661

____________________________

wtorek, 19 września 2017

O Kościele. Nieomylność. Papież. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Nieprzyjaciele Kościoła


ZE SKARBNICY WIEDZY TEOLOGICZNEJ

STUDIUM DOGMATYCZNE NA PODSTAWIE
ŚW. TOMASZA, DOKTORA ANIELSKIEGO

KS. JAN DOMASZEWICZ



4. O Kościele. Nieomylność. Papież. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Nieprzyjaciele Kościoła.

De Ecclesia Christi

Niemożebnym jest oddzielać Boskiego Zbawcy duszy naszej Jezusa Chrystusa od Kościoła: trudno ich od siebie oddzielać, gdyż się nawzajem przypuszczają i podtrzymują. Albowiem, cóż jest Kościół, jeżeli nie przedłużeniem Jezusa Chrystusa? Kościół – to Jezus Chrystus ciągle nauczający i podnoszący dusze, to Boski Zbawiciel ciągle odradzający ludzi i dokonywający dzieło Odkupienia. W dzisiejszych czasach należy zwracać baczną uwagę na Kościół, i wykazywać ścisły i nierozerwalny związek, jaki go łączy z Jezusem Chrystusem. Tak, niepodobieństwem jest poznać Jezusa Chrystusa, kto nie ma pojęcia o Kościele. Ile to razy słyszymy mówiących o Kościele, jako o rzeczy zupełnie różnej od chrystianizmu, a połączonej tylko z Jezusem Chrystusem i z Jego nauką stosunkami czysto zewnętrznymi i przypadkowymi. A nawet, pomiędzy dziećmi posłusznymi Kościołowi, ileż to znajduje się takich ludzi, którzy bardzo mało znają matkę swoją, a którzy zaledwo słabe i niedokładne mają pojęcie o ustanowieniu wiary świętej

I tak, powtarzamy codziennie w symbolu wiary, mówiąc: "Wierzę w święty Kościół katolicki"! Cóż to jest Kościół Chrystusowy, Kościół chrześcijański we właściwym i ścisłym znaczeniu tego słowa? Kościół jest społeczeństwem wiernych, założonym przez Jezusa Chrystusa; społeczeństwem, w którym za pośrednictwem odwiecznego apostolatu, kierowanego Duchem Świętym, wszystkie dzieła, których dokonał Niebieski Odkupiciel podczas swego pobytu na ziemi, są i będą spełniane aż do końca wieków, celem wprowadzenia wszystkich ludów na drogę zbawienia i pogodzenia ich z Bogiem (1). Tak pojmują prawowierni katolicy społeczeństwo założone przez Zbawiciela; a wyznajemy, że Kościół prawdziwie Chrystusowy: jest jeden, powszechny, Apostolski, święty, cierpiący czyli prześladowany.

Rozbierzmy pokrótce te charakterystyczne przymioty, czyli znamiona Kościoła prawdziwego, Chrystusowego. Tak, nie może być dwóch albo więcej Kościołów Jezusa Chrystusa, czyli nie może być dwóch albo więcej spadkobierców Jego nauki, Jego ducha, Jego cnoty. Stąd, jest tylko jeden Kościół i więcej ich być nie może; a kto nie jest posłuszny temu jednemu Kościołowi, nie jest dzieckiem Boga, ani uczniem Jezusa Chrystusa: on wcale nie należy do familii Boskiej, jest cudzoziemcem i nieprzyjacielem. Wszyscy członkowie tego jednego Kościoła łączą się z sobą przez ich wspólną uległość jednej powadze, której najwyższym przedstawicielem jest Papież rzymski, Następca św. Piotra i Wikariusz Jezusa Chrystusa, którego Bóg ustanowił głową widzialną, a sam jest głową niewidzialną tego społeczeństwa (2): oto podstawa jedności Kościoła prawdziwego, Chrystusowego.

Zatem, Kościół Jezusa Chrystusa jest powszechny, czyli z greckiego nazwany katolicki; powszechność – jest to rozszerzenie się jego po całym świecie, nieograniczony rozwój jego godności, powszechność miejsc i że jest nauczycielem i matką wszystkich ludów świata. Ponieważ Jezus Chrystus umarł za wszystkich ludzi, a następnie chrystianizm nie jest religią miejscową, lecz powszechną i dla całej ludzkości przeznaczoną. Stąd, Kościół nie ogranicza się jednym krajem, jest rozszerzony pomiędzy rozmaitymi narodami i ma swe dziatki w każdym zakątku ziemi. Słowem, Kościół nie tylko jest katolickim w przestrzeni, lecz jest również takim i w czasie. Albowiem, Jezus Chrystus nie ustanowił go na czas określony jak Synagogę żydowską, lecz na wszystkie czasy i na wszystkie wieki: on musi zawsze żyć, jak i chrystianizm, którego jest wyrazem. Przekonany o swej nieśmiertelności, jako Oblubienica Jezusa Chrystusa, powtarza wciąż światu, w którym wszystko ginie i ulega śmierci, te pamiętne słowa Boskiego Założyciela swego: "A oto ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (3).

Dalej, prawdziwy Kościół Chrystusowy powinien być Apostolskim dlatego, że jest dziełem Jezusa Chrystusa, który wybrał i posłał Apostołów na cały świat dla rozszerzenia go. Owóż, Kościół rozszerzony przez Apostołów, ustanowiony przez Jezusa Chrystusa, wyznaje, że swój urząd i naukę i wszystkie dane do uświątobliwienia i zarządu duchowego ludzi odebrał od Apostołów. W nieprzerwanym szeregu Następców na Stolicy Apostolskiej ma dziś szczęśliwie panującego Leona XIII Papieża; ta cecha apostolskości zawiera w sobie dwa główne punkty: apostolstwo urzędu i apostolstwo nauki. Na mocy apostolstwa urzędu, Biskupi katoliccy są prawymi następcami Apostołów; na mocy zaś apostolstwa nauki, Kościół przechowuje w całości czystą naukę, wykładaną przez Apostołów i nic nie dodaje do tego depozytu świętego, jaki mu został powierzony. Apostolstwo urzędu jest podstawą, rękojmią i znakiem apostolstwa nauki: tak pojmuje tę cechę Kościół katolicki i tak ją zawsze pojmował.

Następnie, prawdziwy Kościół Chrystusowy jest święty. A święty w swym Założycielu, którym jest Jezus Chrystus; w swym celu, którym jest odrodzenie i uświątobliwienie ludzi; w swych środkach, jakimi są prawda i łaska: jest on pełen łaski i prawdy jak Ten, którego miejsce na ziemi zastępuje. Jest świętym przez swego ducha, którym jest Duch Święty, pochodzący od Ojca i Syna; jest uświątobliwiającym swe członki, ponieważ Założyciel jego, jako Odkupiciel, jest źródłem wszelkiej łaski i świątobliwości dla człowieka upadłego, a wstępując do Nieba zostawił go (tj. Kościół) powiernikiem i spadkobiercą swej nauki, ducha, Jego własnej Osoby. Jest świętym w swych członkach, którzy odbierają życie nowe i święte przez Sakramenty. Wielka liczba grzeszników nie uwłacza świętości jego: Kościół, podług Ewangelii, jest polem, na którym rośnie kąkol obok pszenicy. Nigdy Kościół nie pochwala grzechu, a potępia zło; przypomina ciągle swym członkom, aby stali się godnymi swego wysokiego posłannictwa i uczestnikami Boskiego życia, którego on zawiera w sobie źródło.

Na koniec, powinien być prześladowanym, czyli cierpiącym za prawdę: nosić cierniową koronę na wzór swego Boskiego Mistrza; dręczonym w członkach swoich, jak dali przykład tego legiony Męczenników świętych za wiarę. Słowem, Kościół jest to instytucja Boska w najściślejszym znaczeniu tego wyrazu; a to społeczeństwo, które tworzy familię Boską na ziemi, obejmuje dwie klasy członków: duchowieństwo i świeckich. Na mocy władzy danej od Boga Kościołowi, do niego należy się (4): nauczanie wszystkich ludzi, obsługiwanie duchownych potrzeb i zarząd czyli kierunek. Jest dogmatem wiary, że Biskupi stanowią zwierzchniczą część hierarchii i że mają na czele siebie Papieża, Następcę św. Piotra, jako najwyższego Zwierzchnika. Stąd, Sobór Trydencki wyrzekł: "Kto by uczył, że wszyscy chrześcijanie bez różnicy są kapłanami nowego Zakonu i wszyscy mają jednakową władzę duchową, ten wywraca całą hierarchię kościelną, którą można porównać z armią uszykowaną do boju; ten wykłada naukę wprost przeciwną nauce św. Pawła (5)..." (6). Zatem: "Ktobykolwiek rzekł, że w Kościele katolickim nie ma hierarchii z ustanowienia Bożego, składającej się z Biskupów, Kapłanów i ministrów, niech będzie przeklęty" (7).

Nieomylność

Jezus Chrystus ustanawiając swój Kościół nadał mu taką powagę i przywileje, jakich wymagało uzupełnienie Jego posłannictwa. Kościół powinien przechować religię czystą i w całości światu przyniesioną przez Słowo wcielone: dlatego też jest on tylko tąż samą religią wcieloną, zorganizowaną i ciągle żyjącą. Ta religia powinna pozostać na zawsze, a zatem i Kościół, jako jej widzialny wyraz ożywiony Duchem Świętym, powinien również trwać zawsze, gdyż inaczej nie odpowiadałaby swemu celowi, a chrystianizm przestałby istnieć. Owóż, jest dogmatem wiary, że Kościół jest niezmiennym i ciągle trwającym: zawsze jest ten sam i zawsze wykłada naukę Chrystusową czystą i nieskalaną. Jak również jest dogmatem wiary, że Kościół nie może się mylić w swym nauczaniu: jego słowo jest zawsze wiernym oddźwiękiem słów Zbawiciela, czyli innymi słowy mówiąc, Kościół jest nieomylnym. Wierzymy, że Kościół jest nieomylnym, bo wierzymy mocno obietnicy Jezusa Chrystusa: Duch Święty przebywa ciągle w Kościele, oświeca go, ożywia, kieruje nim i nie pozwoli nigdy, aby odstąpił od prawdy i wpadł w błąd. Wprawdzie, żaden człowiek, żadne stworzenie nie jest nieomylne samo przez się; lecz organ nauczycielstwa, czyli ciało Biskupów Kościoła, jest nieomylne, ponieważ ożywione jest duchem Jezusa Chrystusa, który jest Duchem prawdy; o tyle tylko jest nieomylnym, o ile jest organem Ducha Świętego.

Lecz, jakiż jest charakter i granice tej nieomylności Kościoła? Czy Kościół jest nieomylnym w każdej gałęzi nauk: może swym sądem rozstrzygać twierdzenia matematyczne, zawyrokować o systemie słońca, lub też o formie rządu, jaki ma być w jakim kraju? Ponieważ te wszystkie kwestie nie mają ścisłego stosunku z odrodzeniem moralnym i religijnym świata, Kościół nie miałby celu rościć sobie prawa najwyższego sądu nad nimi. Nie dlatego Syn Boży stał się człowiekiem i mieszkał między nami: przyszedł On na świat po to, aby nam udzielił prawdę w porządku moralnym i religijnym, wskazał nam drogę zbawienia. W tym właśnie duchu i porządku Kościół ciągle działa i jest wiernym przedstawicielem i organem Ducha Chrystusowego. Stąd, Kościół jest nieomylnym we wszystkim tym, co tylko dotyczy Objawienia Boskiego, czyli według wyrażenia przyjętego w teologii "w rzeczach wiary i obyczajów". Wiara i obyczaje stanowią właściwą i jedyną sferę Kościoła, albowiem w nich się koncentruje odwieczne przeznaczenie człowieka. Wiara i obyczaje, religia i moralność – oto pole wieczności, wszystko zaś pozostałe jest związane z czasem: Kościół zaś ustanowiony nie dlatego, aby człowieka obznajmiał z warunkami życia doczesnego, lecz żeby wskazywał na czym zależy istota życia wiecznego, i jakie środki do niego prowadzą. Kiedy Biskupi zjednoczeni z Papieżem, lub zebrani na Sobór wyrzekną swój sąd w rzeczach wiary lub obyczajów, taki sąd nie może być mylnym, lecz jest nieomylnym, co jest ogólnym przekonaniem wszystkich katolików i dogmatem wiary. Tylko ciało Biskupów, zjednoczone ze swą głową widzialną Papieżem, jest nieomylne na mocy Ducha Jezusa Chrystusa, który ożywia i kieruje Kościołem. Stąd, tylko Biskupi sami są sędziami wiary, nie zaś zwyczajni kapłani; fałszem jest, że Kościół w czym odstąpił od czystych swych pierwotnie zasad w rzeczach wiary lub obyczajów, jak to niektórzy zarzucają, gdyż jest, jak i był, nieomylnym.

Lecz, czy zarówno jest nieomylnym Kościół, gdy idzie już nie o naukę, lecz o fakt ściśle złączony z kwestią nauki, tj. o fakt dogmatyczny? Czy Kościół może wyrokować sądem nieomylnym, że nauka osądzona jako przeciwna prawdzie wiary znajduje się w jakiej książce lub piśmie, co w teologii się nazywa "faktem dogmatycznym". Janseniści i późniejsi nieprzyjaciele Kościoła, dla obrony swej błędnej nauki zawartej w pismach (8), rozdzielili nieomylność Kościoła na kwestię "zasady" (9) i na kwestię "faktu" (10). Owóż, w kwestii "zasady", czyli kwestii czysto dogmatycznej, stanowczo uznawali nieomylność Kościoła, a odmawiali takowej w kwestii "czynu": rzecz jasna, że uciekając się tylko do różnicy między zasadą i czynem, chcieli osłonić swą naukę od zarzutu herezji i zatrzymać swe błędy, uchodząc za katolików. My stanowczo twierdzimy i wierzymy, że Kościół Jezusa Chrystusa jest nieomylnym w kwestii faktów dogmatycznych co do treści ksiąg lub pism (11), i faktów co ściśle się łączą z objawieniem Bożym, chociaż nie są objawione, tak że nie mogą być odrzucone bez zachwiania prawdy objawionej, jako to: że Sobory Nicejski, Efeski, Trydencki, Watykański, były prawne; że Pius IX, Leon XIII Papież są prawymi następcami św. Piotra na Stolicy Apostolskiej w Rzymie i byli prawnie obrani etc. Sąd Kościoła o tego rodzaju faktach jest nieomylnym.

Papież

Jest dogmatem wiary, że Jezus Chrystus ustanowił św. Piotra głową widzialną Kościoła, czyli najwyższym Zwierzchnikiem, i że Papież Rzymski jako następca św. Piotra jest Zwierzchnikiem Episkopatu a z nim i całego Kościoła. Boski nasz Zbawca, aby przysposobić św. Piotra do tak wysokiego urzędu, natchnął go wielką wiarą, którą on wyraził, zwracając się do Chrystusa, w tych słowach: "Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego" (12). Publiczne wyznanie wiary św. Piotra daje zupełną rękojmię, że godzien jest zostać opoką, czyli głową Kościoła; a Słowo Chrystusa, który z niczego czyni co Mu się podoba, daje tę siłę śmiertelnemu człowiekowi. Stąd, Chrystus Pan rzekł: "A ja tobie mówię, iżeś ty jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój: a bramy piekielne nie zwyciężą go" (13). Tak jest, wierzymy, że Jezus Chrystus ustanowił św. Piotra podstawą i fundamentem Kościoła, że go uczynił ciągłym i niezachwianym głosicielem prawdy. Nadto, wierzymy, że Jezus Chrystus, udzielając św. Piotrowi ten przywilej i tę władzę, dał takowe w osobie tego Apostoła wszystkim jego następcom, tj. uczynił Papieży podstawą tej budowy Chrystusowej i głową tego ciała nieśmiertelnego, które nazywa się Kościołem. Wprawdzie, Kościół Rzymski był założony przez świętych Piotra i Pawła; lecz, posłannictwo Pawła św. w Rzymie było nadzwyczajne, czasowe i miało się skończyć z nim: gdy tymczasem Piotr św., głosząc Słowo Boże i umierając w stolicy świata w charakterze głowy, tj. najwyższego Zwierzchnika nowej społeczności założył w Rzymie katedrę, z której głos miał się rozbrzmiewać po całym świecie, a która miała pozostać na zawsze najwyższą katedrą Kościoła Chrystusowego. Rzym, przeto, nie jest katedrą Pawła św., lecz katedrą św. Piotra i jego następców, tj. Rzymskich Papieży. Potężny głos wszystkich wieków o tym świadczy, że Rzym jest katedrą św. Piotra, jest katedrą prawdziwie najwyższą, Mistrzynią, i że Papież na niej zasiadający jest Zwierzchnikiem całego Episkopatu, najwyższym Zwierzchnikiem Kościoła powszechnego, czyli katolickiego. Papieżowi, jako następcy książęcia Apostołów, służy prymat, tj. najwyższa władza duchowa, nie tylko czci i pierwszeństwa, lecz także i jurysdykcji, czyli władzy nad całym ciałem, tj. ogółem Biskupim i nad całym Kościołem. Najwyższa ta władza duchowa, prymat, należy mu z prawa Boskiego i na mocy postanowienia samego Jezusa Chrystusa, a nie z prawa ludzkiego i nie na mocy postanowienia kościelnego lub cywilnego. Na mocy tej władzy najwyższej Papież jest Zwierzchnikiem, nauczycielem, monarchą duchowym Biskupów i wszystkich wiernych, może stanowić prawa dla całego Kościoła, ustanowić Biskupów i im powierzać część trzody Zbawiciela; słowem, może rządzić najswobodniej i trzodą i Pasterzami: do Papieża, przeto, należy zwoływać Sobory powszechne, na nich prezydować i potwierdzać ich postanowienia. Do niego należy wyrokować sądem najwyższym w rzeczach wiary i obyczajów.

Jest dogmatem wiary, że Kościół z prawa Boskiego ma swoją władzę oddzielną i samoistną, niezależną od władzy cywilnej; na mocy tej władzy, którą ma od Jezusa Chrystusa, służy mu przywilej stanowienia praw w rzeczach dotyczących zbawienia wiernych, i karania cenzurami kościelnymi przekraczających takowe. Ten przywilej nazywamy władzą prawodawczą i wykonawczą Kościoła: ma on władzę stanowienia praw obowiązujących wszystkich chrześcijan we wszystkim, co należy tylko do karności kościelnej i zarządu religijnego. Przedmiotem władzy prawodawczej Kościoła są: cześć zewnętrzna, liturgia, obrzędy święte, sprawowanie Sakramentów (14), ustanawianie postów i dni wstrzemięźliwości, ślubów, zakonów, święcenia niedzieli i różnych świąt itp., co stanowi sferę religijną i zależy wprost od władzy duchownej. Władza stanowienia praw, czyli prawodawcza, zawiera w sobie władzę karania przekraczających takowe: Kościół może karać wiernych nie uznających jego praw lub gwałcących przykazania Boskie, których on jest tłumaczem i przechowawcą. Należy pamiętać, że władza wykonawcza ma tylko zastosowanie w dziedzinie moralności i religii; że kary Kościół wymierza nieposłusznym tylko duchowe: zabór majątku, wydziedziczanie, kary cielesne może prawo kościelne wymierzać tylko za pośrednictwem władzy cywilnej. Kary duchowe Kościoła są: ekskomunika czyli odłączenie od Kościoła, suspensa czyli zawieszenie w obowiązkach, interdykt czyli zakaz dotyczący osoby lub miejsca, pozbawienie beneficjum lub władzy, złożenie z urzędu i degradacja.

Jak określiliśmy wyżej, władza prawodawcza taka i wykonawcza wcale żadnego ciosu nie zadaje niezależności władzy cywilnej: są to dwie różne władze, działające w zupełnie odmiennych sferach. Tak, władza cywilna jest najwyższą w dziedzinie rzeczy czysto ziemskich i materialnych: jej wszechwładztwo w tym względzie Kościół szanuje i zostawia nietkniętym; władza zaś kościelna jest najwyższą w dziedzinie rzeczy czysto duchowych. Gdy te dwie władze spotykają się ze sobą w jakim punkcie, który w części należy do porządku duchowego a w części do porządku doczesnego, tedy niech każda zachowuje swoją niezależność i utrzyma się na swym własnym stanowisku. Albowiem, najwyższy Rządca wszech rzeczy chce, aby te władze, zachowując swą różną samoistność, łączyły się z sobą i działały jednozgodnie: chce, aby władza cywilna przyjmowała i popierała sądy i postanowienia władzy kościelnej. Kościół, przeto, nie jest państwem w państwie, ani rządem w rządzie, jak wymyślił Luter i Febroniusz (15). A to dlatego, że wtedy mówi się, że jest państwo w państwie, gdy istnieją dwie instytucje najwyższe, mające ten sam początek i ten sam cel i też same środki: tego o najwyższej władzy kościelnej i najwyższej władzy cywilnej w jednym narodzie powiedzieć nie można, albowiem one różnią się od siebie i początkiem i celem i środkami. Kościół jest instytucją Boską, a zatem ma początek Boski; każde państwo jest instytucją ludzką i ma początek ludzki. Cel Kościoła: zbawienie dusz ludzkich, czyli szczęście wieczne; cel zaś państwa każdego doczesny, czyli dobrobyt materialny ludzi. Kościół, aby doprowadzić ludzkość do swego celu, używa środków duchownych, jakimi są: modlitwa, Sakrament, łaska Boża; państwo zaś używa środków materialnych, aby zapewnić poddanym swym szczęście i pokój doczesny. A przeto, Kościół nie jest państwem w państwie, a swą najwyższą władzą duchowną wcale nie ogranicza najwyższej władzy cywilnej w jej sferze działalności.

Na koniec, Papież Rzymski, gdy mówi z katedry, tj. kiedy pełniąc obowiązek Pasterza i nauczyciela wszystkich chrześcijan, najwyższą powagą swą Apostolską, naukę wiary lub obyczajów określa dla wierzenia całemu Kościołowi, przez obecność Boską Mu w św. Piotrze obiecaną, posiada tę nieomylność, którą Boski Odkupiciel chciał mieć obdarzonym swój Kościół w określeniu nauki wiary lub obyczajów; przeto, tegoż Papieża Rzymskiego określenia same przez się, nie zaś za zgodą Kościoła, nie mogą ulegać żadnym poprawkom (irreformabiles esse). Taką jest myśl i określenie Soboru Watykańskiego (16) nieomylności Papieża w rzeczach wiary i obyczajów. Ta nieomylność wypływa z samego, jak widzieliśmy wyżej, określenia Kościoła, którego Papież jest głową widzialną; z władzy danej w zupełności przez Chrystusa samego paść, rządzić i kierować św. Piotrowi, którego Papież jest prawym następcą; w tej władzy zawarta jest pełność władzy nauczania, a tym samym nieomylności, bez której ta władza nie byłaby zupełną. Dalej, Chrystus Pan nazywa św. Piotra opoką, na której zbuduje Kościół swój (17), czyli fundamentem, co jest artykułem wiary; Kościół zaś jest szkołą Chrystusa, która gruntuje się na wierze i rządzi się wiarą: lecz, Piotr św. i jego następcy nie byliby fundamentem, opoką Kościoła, gdyby ich wiary moc mogłaby być zachwianą, czyli aby dekrety ich potrzebowały zgodzenia się, wzmocnienia, tj. utwierdzenia Kościoła, jakie od nich, jako głowy zależy: a więc, w samym obowiązku być opoką zawarty jest przywilej nieomylności. Stwierdzają to słowa samego Chrystusa: "Alem ja prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja: a ty kiedyś nawróciwszy się, utwierdzaj braci twoich" (18); czyli św. Piotr ma utwierdzać, wiara nie ustanie, tj. nie ulegnie żadnemu błędowi wiara następców św. Piotra w jego prymacie, tj. na Stolicy Apostolskiej w Rzymie. Nieomylność Papieża Rzymskiego cała starożytność stwierdza, do którego Stolicy wszyscy zawsze się zwracali we wszystkich wątpliwościach swych w wierze; kto się nie trzymał Stolicy Apostolskiej w Rzymie, był uważany zawsze za błądzącego, a Papieże, herezje i wszelki błąd potępiali wyrokiem nieodwołalnym nigdy. A więc, wierzono dawniej jeszcze, że błąd nie ma przystępu i mieć nie może do Stolicy Apostolskiej, czyli wierzono w nieomylność; dowodem czego są starożytne Sobory, dekrety które swym głosem zatwierdzał Papież Rzymski. Słowem, tyle jest świadectw na korzyść nieomylności Papieża, że trudno je wszystkie przytoczyć i zachować w tym konsekwentny porządek: więcej jest świadectw tego dogmatu nieomylności, niż można by było przytoczyć na korzyść innych.

Nieomylność Papieża wypływa już z samego prymatu; lecz, jeżeli na co, to na to jedynie powołują się nieprzyjaciele Kościoła, jakoby Papież Honoriusz wpadł w błąd monoteletów i uległ klątwie Soboru VI powszechnego, a to fałszem jest. Albowiem, wiedzieć należy, że Papież Honoriusz żadnego dekretu, czyli określenia dogmatycznego z katedry nie ogłosił, a listy Papieża Honoriusza nie zawierały żadnego błędu przeciwko wierze. Narzekania Ojców Soboru były z powodu mało energicznego postępowania względem stłumienia grasującej herezji, co spowodowało jej rozszerzenie się. A tak, Papieże Rzymscy byli i są nieomylni (19) w rzeczach wiary i obyczajów, a ta nieomylność ściśle się łączy i wypływa z nieomylności danej przez Chrystusa Pana św. Piotrowi i jego prawym następcom na Stolicy Apostolskiej w Rzymie (20).

Poza Kościołem nie ma zbawienia

Wielka i wspaniała budowa Kościoła – jest to arka, którą ręka Boska rzuciła na bałwany ciągle miotające tym światem, a w której każdy musi szukać schronienia, kto nie chce być pochłoniętym przez fale wzburzone. Kościół jest jedynym środkiem, przez który Jezus Chrystus odradza, uzacnia i naprawia ludzkość upadłą: jest on rodziną Boską na ziemi, rodziną jedyną mającą na czele Syna jedynego Ojca. Aby być dzieckiem Boga, trzeba być synem Kościoła: Bóg i Kościół są nieoddzielne; stąd, wyrażenie św. Cypriana, które tak doskonale uwydatnia myśl katolicką: Ten kto nie ma Kościoła za matkę, nie będzie miał Boga za Ojca; stąd, owa maksyma: Poza Kościołem nie ma zbawienia. To zdanie tak proste, tak prawdziwe, rozumne, do tego stopnia zostało przekształcone przez ludzi złej woli, że stało się postrachem i powodem potępiania niesłusznie z góry katolicyzmu, nie badając go wcale, o ile ma rację bytu. A więc, jakież jest znaczenie tej sławnej maksymy, którą tak dumnie Kościół wygłasza, a jaką 16 wieków temu głosił św. Cyprian? W jakim duchu pojmowali ją Doktorowie Kościoła?

Wiadomo i w co mocno wierzymy: istnieje religia Boska, religia objawiona od początku przez Boga, odnowiona i rozwinięta przez Jezusa Chrystusa. Taż religia jest jedyną i prawdziwą drogą wiodącą ludzi do celu ich przeznaczenia, tj. do Boga, ponieważ w tym celu i zamiarze Bóg ją dał ludziom. Taż religia będąc ustanowioną dla ludzi, którzy nie są czystymi duchami, musiała się wcielić w społeczeństwo widzialne, ludzkie, czyli jaśniej mówiąc: musiała przyjąć formę zewnętrzną. Zadaniem tego społeczeństwa było religię taką przechować, rozszerzać i do życia całej ludzkości stosować: takie właśnie społeczeństwo nazywamy Kościołem katolickim. Przeto, Kościół jest wyrazem żyjącym religii danej i przepisanej dla człowieka i środkiem niezbędnym do osiągnięcia celu swego przeznaczenia. Jakiż stąd wniosek wypływa, jak nie ten, że: kto jest poza Kościołem, ten jest również i poza religią, którą powinien wypełniać, aby otrzymał cel swego życia, tj. zbawienie; jest on poza drogą, która jedynie prowadzi do zbawienia. A zatem, ściśle trzymając się zasady, można powiedzieć: poza Kościołem nie ma zbawienia, ponieważ Kościół jest drogą do zbawienia; nie można odrzucić tej zasady bez zaprzeczenia Boskości religii. Utrzymywać znowu, że wszystkie religie jakkolwiek z sobą sprzeczne i walczące o pierwszeństwo miejsca w sumieniu człowieka, są zarówno dobre i prawdziwe – jest toż samo, co odrzucić Boga i obalić rozum: utożsamiać błąd z prawdą, złe z dobrem; tyle powiedzieć możemy co do zasady.

Lecz, w jaki sposób rozumieją Doktorowie Kościoła tę zasadę w zastosowaniu do życia? jak rozumieją praktycznie, czyli nie w teorii, ale na praktyce? Jeżeli ta zasada jest prawdziwą, należałoby a priori potępić wszystkich, co nie pozostają w jedności zewnętrznej z Kościołem. Tymczasem, nie było i nie ma nawet jednego teologa katolickiego, któryby podzielał podobną opinię; według jednozgodnej myśli Doktorów Kościoła, każdego człowieka jest ścisłym obowiązkiem zostać członkiem Kościoła, poddać się jego powadze nieomylnej; przyjąć religię katolicką, która jest prawdziwą i pochodzi od Boga. Ktokolwiek tego nie uczyni z własnej winy, ten nie otrzyma królestwa Niebieskiego, albowiem dobrowolnie staje poza drogą nakreśloną ręką Boga samego, który jedynie może doprowadzić człowieka do jego celu, tj. do szczęścia wiecznego, jakie go czoka za grobem. Taki wniosek konieczny i jedyny bezpośrednio wypływa z powyższej zasady katolickiej. Co zaś dotyczy ludzi, którzy bez żadnej winy ze swej strony, nie wiedzą o tej drodze Boskiej, wiodącej do zbawienia: którzy nie znają Kościoła, nie będą potępieni jedynie dlatego, że nie są katolikami. Znajdują się oni, wprawdzie, poza obrębem religii danej i przepisanej przez Boga, idą poza drogą jaką Bóg wskazał do otrzymania zbawienia, tj. są poza Kościołem: lecz, to nie ich wina, a dobra wiara tłumaczy ich i Bóg miłosierny nieskończenie pociągnie ich do siebie ścieżkami dla nas zupełnie nieznanymi. Można należeć do Kościoła Jezusa Chrystusa, nie zostając w nim w jedności zewnętrznej, co teologia nazywa: należeć do duszy Kościoła; tj. ktokolwiek jest złączony z Duchem Świętym przez łaskę uświętobliwiającą, należy do duszy Kościoła bez względu na to, czy jest lub nie członkiem Jego ciała, tj. Kościoła. Teologowie robią różnicę między ciałem i duszą Kościoła tę, że ciało Kościoła stanowi społeczeństwo zewnętrzne wiernych ożywione i złączone z duszą. Duszą zaś ożywiającą to ciało – jest sam Duch Święty z Jego darami wewnętrznymi, jakimi są wiara, nadzieja i miłość.

Należy wierzyć, że Kościół ma wiele członków połączonych węzłami wewnętrznymi, chociaż żyjących poza obrębem jego, tj. jedności zewnętrznej. Albowiem, wszystkie dzieci ochrzczone, których liczba jest tak wielka, są dziećmi prawdziwego Kościoła, ponieważ on je odrodził, chociaż za pośrednictwem ministrów innych wyznań. Wszyscy, którzy nie odłączyli się od Kościoła z własnej woli i ze świadomością; którzy są w dobrej wierze że ich wiara prawdziwa, a nie mogą być oświeceni, jak na przykład człowiek ciężkiej pracy, rolnik, a spełniają swej religii przykazania i Boskie wiernie i są ochrzczeni, nie będą potępieni. Kościół Rzymsko-Katolicki o tyle ich usprawiedliwia, o ile kiedyś na sądzie przed Bogiem usprawiedliwi ich dobra wiara i niewiadomość nieprzezwyciężona.

Nieprzyjaciele Kościoła

Od kolebki chrystianizmu, widzimy powstające obok społeczeństwa założonego przez Jezusa Chrystusa i Apostołów, różne sekty nazywające się chrześcijańskimi, a które do głębi przekształcały naukę Zbawiciela i gardziły powagą żyjącą ustanowioną dla jej przechowania i wygłaszania. Ponieważ te sekty są owocem pychy ludzkiej, która zamiast przyjąć naukę Boską bezwarunkowo, wybiera z niej to, co się jej podoba i tworzy sobie swoją religię – nazywamy je herezjami. Potrzeba aby były zgorszenia, powiedział Zbawiciel: były herezje od początku i będą dopóty, dopóki chrześcijanie nie pomni na swe posłannictwo nie zechcą poddać swego rozumu pod jarzmo słodkie powagi Kościoła, która jest dalszym ciągiem powagi Jezusa Chrystusa na ziemi. Dalej, odszczepieństwo jest siostrą herezji: zasadza się głównie na buncie przeciwko prawej władzy religii świętej; dziś Kościół trapi przeważnie masoneria, która wyznaje bezbożność jawnie i oddaje cześć szatanowi. Dziś niedowiarstwo wielu i racjonalizm usiłują podkopać w zasadzie chrystianizm, starają się wszelkimi sposobami czernić Kościół, i jako fale wzburzonego morza uderzają na tę Arkę zbawienia.

"Dosyć będzie, aby zawstydzić tych, którzy oddzielają się od społeczeństwa katolickiego, ukazać tradycję Kościoła Rzymskiego i oświadczyć, że wiara, którą on głosi ludziom jeszcze dzisiaj, przyszła doń przez usta Biskupów, którzy są prawymi następcami Apostołów. Albowiem, konieczną jest rzeczą, aby każdy Kościół znosił się z Kościołem Rzymskim dla Jego wyższości i pierwszeństwa" (21), mówi św. Ireneusz (22). Wiadomym jest dla nas protestantyzm, nauka Lutra; lecz, jest druga jego forma, co zatrzymując ciało hierarchii katolickiej, odcięła mu głowę i zrobiła z niego trupa – to anglikanizm, czyli religia zwana episkopalną. Według tego systemu Papieża zastąpił w Anglii król: Naczelnik rządu cywilnego stanął na czele hierarchii duchownej, a Kościół stał się kancelarią państwa. Zasady anglikanizmu nawzajem się zbijają i obalają: z jednej strony uznaje on powagę duchowną Biskupów, która powinna być najwyższą, a pomimo tego podległą w dziedzinie wiary władzy cywilnej; następnie, z drugiej strony utrzymuje z Lutrem mylnie, że Pismo św. jest jedynym źródłem i jedyną zasadą wiary i że każda jednostka powinna w nim szukać religii swojej. Owóż, protestantyzm w miejsce powagi uczącej Kościoła, podstawił rozbiór i sąd indywidualny, co stanowi główną jego podstawę. Przeto, protestanci wszelkiego odcienia, uznający jakąś powagę religijną, są ze sobą w sprzeczności uderzającej i zadają sobie samym kłamstwo. Zwróćmy uwagę na fakt niezaprzeczony, że protestantyzm ze szkodą swej zasady natchnienia indywidualnego i rozbioru prywatnego, w miejsce ustanowionej przez Chrystusa powagi Kościoła, podstawił władzę tyrańską doktorów bez żadnego posłannictwa. Następnie, że ta zasada rozbierana na serio wytwarza albo śmieszny fanatyzm, albo racjonalizm: fanatyzm w tych, co przypuszczali, że są rzeczywiście natchnieni przez Ducha Świętego przy czytaniu Pisma św.; racjonalizm w tych, którzy odrzucając to natchnienie Boskie i nie przyjmując powagi Kościoła, chcieli badać przy świetle samego rozumu wiarogodność i boskość i treść ksiąg świętych. Dziś racjonalizm tak owładnął społeczeństwem protestanckim, że wielka liczba tych "predykantów", co mianują się ministrami Ewangelii, nie wierzą w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Do takich wniosków doprowadza logika protestantyzmu; nic dziwnego, albowiem trudno zrozumieć Chrystusa bez Kościoła: a kto odrzuci Kościół – ten musi koniecznie zaprzeczyć i Jezusa Chrystusa.

Racjonalizm, dziecię protestantyzmu, odziedziczył jego nienawiść ku Kościołowi Rzymskiemu, który jest dalszym ciągiem autorytetu Jezusa Chrystusa i jedynym zupełnym i żywym wcieleniem religii, którą z Nieba ludziom przyniósł. Lecz, dwa są rodzaje racjonalizmu: 1-szy który, chociaż zupełnie odrzuca objawienie nadprzyrodzone, przemawia językiem teologicznym, przytacza Pismo św., i zachowuje przynajmniej pozór chrystianizmu; 2-gi który zrzucając z siebie wszelką barwę teologiczną, przemawia tylko w imię samego rozumu ludzkiego i odrzuca wyraźnie co przechodzi granice porządku przyrodzonego. Dwa te rodzaje racjonalizmu, z których pierwszego przedstawicielką jest teologia protestancka, a drugiego filozofia niedowiarstwa, mają ten sam grunt i różnią się tylko formą, a jedną i tąż samą nienawiść mają oba ku Kościołowi katolickiemu. Wielu uczonych protestanckich pomimo swego przesądu doskonale pojmowało związek konieczny, jaki zachodzi między objawieniem chrześcijańskim a Kościołem katolickim i wyznali, że nie ma środka, tj. drogi średniej, między katolicyzmem a racjonalizmem. Tak, przypuściwszy raz, że Bóg dał ludzkości Objawienie pozytywne i nadprzyrodzone i przepisał dla ludzi religię, trzeba koniecznie przyznać, że Jego Opatrzność ustanowiła pewną powagę, czyli autorytet, której zadaniem byłoby tę religię przechowywać całą i nietkniętą, takową podtrzymywać i rozszerzać. Największa niedorzeczność przypuszczać, że Bóg objawiwszy religię, którą ludzie mają wykonywać, aby otrzymali swój cel, zostawił tęż religię samej sobie i przypadkom losu, nie troszcząc się bynajmniej o jej przechowanie. Dalej, pozwalając na jej zepsucie i zaciemnienie, czemu łatwo mogła ulec, zostając pod wpływem czasu, różnych namiętności i innych ludzkich słabości, już to ze strony rozumu lub ze strony woli, których ciągłą widownią jest natura ludzka. Bóg, któryby tak postępował, nie byłby Bogiem nieskończenie mądrym i doskonałym: Kościół, przeto, mówiący z godnością o Bogu, jest bardzo logicznym i konsekwentnym w swym nauczaniu, że od kolebki ludzkości aż do obecnej chwili religia nie była nigdy zostawiona sama sobie. Zatem, istniała zawsze na ziemi powaga Boska, której zadaniem było czuwać nad religią objawioną i przekazywać ją od pokolenia do pokolenia w całości i nienaruszoną. Wprawdzie, forma tej powagi zmieniła się: inna była pod patriarchami a inna pod Mojżeszem, lecz zawsze istniała i to pod formą widzialną, zewnętrzną, jako jedynie przystępną dla ludzi. A gdzie tylko nie było tej opiekuńczej powagi, tam wszędzie najgłówniejsze zasady porządku moralnego i religijnego uległy zepsuciu: najznakomitsi mędrcy posiadali zaledwo odłamki prawdy zepsute i błędami skażone, a nieraz sprowadzające w rezultacie zagładę wszelkiej religii. Kościół chrześcijański był ustanowiony spadkobiercą i prawym sukcesorem, czyli dziedzicem powagi Boskiej, jaką miała Synagoga, lecz z posłannictwem daleko większym i z wyższymi przywilejami: Jezus Chrystus przyszedł na ziemię dokonać i dopełnić wszystkich rzeczy. A zatem chrystianizm uzupełnia i kończy dzieło religijne na ziemi, zamyka szereg Objawień Boskich, jest religią zupełną i doskonałą, której religia Mojżesza i patriarchów zaledwo była szkicem i figurą. Przeto, potrzeba było, aby na się przyjął formę odpowiednią i zgodną z charakterem religii doskonałej i stanowczej: tę formę właśnie znajdujemy w Kościele, który jest nieskończenie wyższym od Synagogi. A wyższym: w Kościele, bowiem, Jezus Chrystus przebywa, ożywia go swym duchem i obiecał go podtrzymywać nie przez kilkanaście wieków, lecz aż do skończenia świata. Stąd, Kościół katolicki jest stanowczym i niezmiennym wyrazem religii: nie może ani postępować, ani ulegać żadnym zmianom, gdyż prawda niezmienna.

Wiemy, jak Słowo, które stało się ciałem, ustanowiło Kościół i nadało mu odpowiednią władzę i urząd. Hierarchia, do której składu wchodzi część nauczająca i kierująca społeczeństwem założonym przez Zbawiciela, składa się z Papieża, Biskupów, Kapłanów i ministrów przeznaczonych do pomocy Kapłanom. A nic cudowniejszego na widok tego ciała hierarchicznego, którego ramię rozciąga się na cały świat i stara się ująć w swe objęcia wszystkie ludy i narody. Wielkie to ciało hierarchii katolickiej jest ciałem żyjącym: żyje ono już 19 wieków, a jego żywotność nie tylko nie słabnie z czasem, ale owszem z każdym dniem zdaje się nabierać większej siły i hartu. To wszystko dowodzi, że w nim spoczywa zasada nieśmiertelna i Boska, która mu udziela tego życia, ciągle to ciało odmładza i odświeża: duch Jezusa Chrystusa, Duch Święty jest prawdziwie duszą Kościoła; On go ożywia i nim kieruje. Kościół, wierny obraz Zbawiciela, ma jak On dwie natury, tj. ludzką i Boską, jest razem i Boskim i ludzkim. Jest ludzkim, ponieważ składa się z ludzi i powiernikami jego władzy są ludzie, tj. Papież, Biskupi, Kapłani; jest Boskim, ponieważ Słowo Wcielone przebywa ciągle w nim z Duchem, który pochodzi od Niego i od Ojca, i że ta zasada Boska działa w nim i przez niego. Dlatego Apostoł narodów nazywa Kościół ciałem Chrystusa, dając przez to znać, że Chrystus jest w Kościele jak dusza w naszym ciele. Kościół na mocy tej zasady Boskiej, która go ożywia, jak mówiliśmy, jest nieomylnym; Bóg sam, będąc prawdą bezwarunkową, jest nieomylnym z natury, a Kościół nieomylnym w rzeczach wiary i obyczajów, o ile jest ustami samego Jezusa Chrystusa, czyli organem Ducha Świętego. Z tego źródła czerpią Pasterze powagę, której wierni słuchają ze czcią najwyższą: ulegają oni dobrowolnie Biskupowi w rzeczach religijnych i szanują głęboko jego słowo, widząc w nim przedstawiciela Syna Bożego a nie zwyczajnego człowieka i słysząc w nim głos samego Zbawiciela. Bogu, przeto, a nie człowiekowi jest posłuszny chrześcijanin, a jak nic nie ma nad to pokorniejszego, tak i nic dumniejszego: stąd godność i zasługa jego posłuszeństwa Kościołowi.

Kościół, jak Słowo Wcielone, którego on jest dalszym ciągiem na ziemi, pełen łaski i prawdy, rozwija się ciągle w duszach, które się nie zamykają na jego głos i są posłuszne wezwaniu. W ten sposób przedłuża uzupełnienie wielkiego dzieła Odkupienia i naprawy rodzaju ludzkiego: na wzór Boskiego Mistrza nieustannie oddziaływa na świat; pracuje ciągle i tworzy chrześcijan, ucząc i uświątobliwiając ludzi. Kościół jest pełen prawdy: rozdaje prawdziwą naukę wolną od wszelkich błędów; pełen łaski: otwiera człowiekowi źródła łaski, której głównymi kanałami są Sakramenty święte. Kiedy umysły słabe albo uporczywe, na których niestety nigdy nie zbywa, podnoszą wątpliwość albo jakieś spory o tym lub owym artykule nauki, czyli dogmacie wiary świętej; albo uczeni wygłaszają zuchwałe swe opinie: w takim razie jest koniecznie potrzebna najwyższa powaga naukowa, którą Jezus Chrystus dał Kościołowi. Ta najwyższa powaga żyjąca i niezależnie istniejąca od ludzi występuje w obronie prawdy przeciwko napadom błędu; kładzie koniec sprzeczkom i uspakaja umysły wzburzone, wyłączając z liczby katolików tych, którzy uporczywie trwają w swym błędzie i obstają przy niedorzecznej nauce. Niezbędna jest potrzeba takiej powagi, która by załatwiała wszelkie sprzeczki religijne, ponieważ Pismo św. będąc nieraz ciemne, potrzebuje tłumacza widzialnego mającego powagę, którego wyrokowi najwyższemu wszyscy chrześcijanie ulegać powinni, mówi uczony Bellarmin. Potrzeba sędziego dla określenia prawdziwego znaczenia Pisma św., mianowicie w miejscach ciemnych i różnie tłumaczonych. Albowiem, zadaniem Pisma św. nie jest tworzyć chrześcijanina: owszem, przeciwnie, ono go już przypuszcza; przypuszcza, że człowiek jest obeznany z nauką Jezusa Chrystusa i że ono może być zrozumiane tylko przez takiego.

Dalej, Pismo św., które protestanci przeciwstawiają Kościołowi, dopiero wtedy zostało ułożone, kiedy Kościół już był uformowany i zupełnie ustanowiony. Pismo św. jest późniejsze od Kościoła: wyszło bowiem z jego łona; jest córką Kościoła; nauka, przeto, Pisma św. jest nauką Kościoła, która przy pomocy Ducha Świętego przeszła z serc Apostołów do ksiąg, które nam zostawili. Te jednak księgi Pisma św. nie zawierają w sobie tak jasnego i dokładnego wykładu wiary świętej, jak nam podaje nauka Kościoła; stąd wynika, że nauka zawarta w Piśmie św. powinna być objaśniona i dopełniana wykładem Kościoła. To się stosuje tak do ksiąg Nowego jak i Starego Testamentu, ponieważ Kościół jest spadkobiercą Synagogi, a Jezus Chrystus jest celem i uzupełnieniem prawa. Zarówno księgi Starego, jak i Nowego Testamentu są własnością Kościoła: jedne i drugie pochodzą od tego samego Ducha Świętego; a ten Duch Święty, który jest Duchem Ojca i Syna, jest również i Duchem Kościoła: Duchem, który go oświeca, ożywia i nim rządzi. Kościół, przeto, czuwa nad Pismem św., przechowuje je całym i nietkniętym i tak je podaje od pokolenia do pokolenia. Stąd, co by się stało z Pismem św., gdyby nie było powierzone ciągłej pieczy Kościoła? Jakże byśmy je przyjęli, gdyby Kościół podając nam nie zapewnił nas o jego Boskim pochodzeniu? A przeto, od Kościoła przyjmujemy Pismo św.: zatem, powinniśmy je tylko czytać i pojmować według ducha tegoż Kościoła. Trudno oddzielić Pismo św. od Kościoła: ono żyje przez Kościół, jest jego własnością, i napisane jest dla dziatek jego; jest księgą rodzinną dla nich, którą oni pojmują dobrze, ponieważ przemawia ich językiem i jest ożywione ich duchem.

Racjonalizm napada na powagę Kościoła niby w imię swobody myślenia, jako jedynej zasady postępu we wszystkim. Lecz, cóż jest owa swoboda myślenia? Co rozumieją racjonaliści utrzymując, że myśl ludzka powinna być swobodną i niekrępowaną żadną powagą Kościoła? Owóż, że wola jest przymiotem istotnym ducha ludzkiego – Kościół tę prawdę donioślej wyznaje, jak sami racjonaliści. Ale, różne są sposoby pojmowania tej woli, a racjonaliści przyjmują ją w zupełnie innym znaczeniu, jak my. Kiedy racjonalizm upomina się dla człowieka o swobodę myślenia, rozumie przez to, że rozum ludzki jest najwyższym i nie może być kontrolowany przez żadną powagę zewnętrzną. Następnie, że każdy ma prawo wygłaszać o wszystkich rzeczach takie opinie, które uważa według siebie za prawdziwe. Owóż, w taki sposób można sformułować zasadę, jaką nam przeciwstawia racjonalizm: wola jest przymiotem istotnym ducha ludzkiego; lecz, duch wtedy jest prawdziwie swobodnym, kiedy sam sobą rządzi i oprócz siebie nie uznaje żadnej innej powagi; a zatem, katolicyzm, przemawiający do człowieka w imię powagi zewnętrznej, zadaje cios swobodzie myślenia. Racjonalizm, określając w ten sposób swobodę myślenia, utracił wszelkie prawo uderzania na zasadę Kościoła i zabił siebie sam: powyższe określenie woli ludzkiej jest fałszywe i dowolne, a taka wola jest przymiotem tylko Boga, nie zaś człowieka. Taka wola, jaką wygłasza racjonalizm, przypuszcza zupełną niezależność; że duch ludzki zależy sam od siebie, i sam dla siebie jest zasadą i prawem. Tymczasem, Bóg tylko sam jest niezależny w ten sposób: Bogu tylko jest właściwą taka swoboda myślenia, ponieważ sam będąc prawdą bezwarunkową, prawdą z natury swojej, znajduje w sobie nieomylną zasadę swej myśli. A tak, zasada racjonalizmu ściśle rozbierana miesza ducha ludzkiego z inteligencją Boską, a rozum stworzony i z natury swej zależny z rozumem niestworzonym i najwyższym. Według zasady (23) racjonalizmu, swoboda myślenia jest to wyzwolenie się ducha ludzkiego od wszelkiej zasady prawdy i konsekwentnie stąd: uwolnienie się woli ludzkiej od wszelkiej zasady dobra. Innymi słowy: nie ma ani prawdy ani fałszu, ani złego ani dobrego: rozum każdej jednostki jest jedyną miarą prawdy, a wola jedyną miarą dobrego. A ponieważ rozumy i wole pojedyncze bardzo często są z sobą sprzeczne; a zatem stąd wynika, iż wszystko jest zarówno dobrym i prawdziwym: oto przepaść do jakiej ostatecznie prowadzi racjonalizm ze swymi fałszywymi zasadami o swobodzie i niezależności myśli.

Swoboda myślenia w ścisłym znaczeniu tego wyrazu – jest siła, energia, działalność właściwa, jaką duch rozwija myśląc; a ponieważ każda myśl musi mieć przedmiot, a ten przedmiot musi być koniecznie prawdziwym, a zatem, swobodę myślenia stanowi władza czyli możebność poznania prawdy (24). W Bogu ta władza jest nieskończona, zawsze czynna, nigdy nie zboczy ani od swego przedmiotu ani od swej zasady; w człowieku zaś jest ona skończoną, działa powoli i stopniowo, nieraz odstępuje od prawdy, która jest jej przedmiotami i zarazem zasadą; rozwija się, doskonali i potęguje się w miarę coraz większego jednoczenia się z prawdą. Wszystko co tylko sprzyja temu zjednoczeniu ducha z prawdą, co stanowi właściwie poznanie, sprzyja tym samym i rozwojowi czyli postępowi swobody myślenia. A więc, jeżeli powaga Kościoła sprzyja rozwojowi naszej władzy poznawania prawdy, musi sprzyjać również i swobodzie myślenia.

Jak bez sfałszowania historii i zaparcia rozumu niepodobieństwem jest zaprzeczać Jezusowi Chrystusowi Bóstwa, tak konsekwentnie odmawiać charakteru Boskiego powadze Kościoła. Poddając człowieka nauce Kościoła, katolicyzm jest posłuszny prawu natury i zadość czyni istotnym potrzebom naszego umysłu. Człowiek powinien się kształcić, takie jest prawo jego istnienia: owóż, Kościół jest powagą naukową, której obowiązkiem jest wykładać prawdy moralne i religijne. A zatem, katolicyzm pod tym względem nie tylko nie staje w sprzeczności z naturą ludzką, ale owszem zadosyć czyni jej prawom, i jest dokładnym i zupełnym wyrazem tychże praw, którymi natura ludzka się rządzi. Katolicyzm nie tylko pozostaje w zgodzie z istotnymi prawami naszej natury, lecz nadto przeznaczeniem jego jest zabliźniać wszelkie jej rany i podnosić ją z upadku, i zadaniem Kościoła jest odradzać rozum oraz naprawiać wolę. Gdy spojrzymy na świat, przekonamy się, że wielka część ludzi przy swym kształceniu się przymuszona jest czerpać naukę w nieczystych źródłach, tj. nauczanie szafuje zarówno fałszem jak prawdą, czyli uczą człowieka dobrego i złego; czerpie śmierć, zamiast życie dla duszy, jeżeli szuka prawdy gdzieindziej, a nie w nauce Kościoła prawd Bożych.

W rzeczy samej, czego dokonał Jezus Chrystus, ustanawiając swój Kościół? Naprzód, uroczyście uznał to prawo nauczania, którym się kieruje nasza natura intelektualna; zatem, ogłosił je powtórnie zakładając Kościół; nadto, naprawił w nim to, co znalazł zepsutego od czasu upadku, przywrócił go do pierwotnej czystości w dziedzinie moralności i religii. Kościół katolicki na mocy swej nieomylności rozdaje swym wiernym prawdę nieskalaną w zakresie rzeczy dotyczących zbawienia: mogą oni, przeto, iść śmiało za głosem praw swej natury z tym mocnym przekonaniem, że nie przyjmują fałszu za prawdę, a trucizny za pokarm życia.

Kościół bierze w swą macierzyńską opiekę człowieka od samej kolebki, powoli wznosi nad sferę zmysłów: dziecię wychowane na łonie katolicyzmu odbiera w formie najodpowiedniejszej jego uzdolnieniu i rozwinięciu umysłowemu najwznioślejsze prawdy o Bogu, o jego przeznaczeniu, o świecie, o celu wszystkich rzeczy stworzonych; pojęcie w 8-9 roku o wielu prawdach metafizycznych i moralnych, do których nie mógł się wznieść niejeden mędrzec pogański swym potężnym geniuszem. O jakże drogie ziarno postępu umysłowego składa powaga katolickiej nauki w młode umysły, a wpływ nauczania religijnego trwa przez cały bieg życia, dając pojęcie o tych ideach Boskich, które są podstawą wszelkiej wiedzy! Prawdy objawione przez Boga z jakiejkolwiek strony rozbierane, nie tylko nie są przeszkodą do rzeczywistego postępu, ale są mu niezbędne: wywołują go, podtrzymują i kierują nim. Któżby się ośmielił utrzymywać, że zasady ogólne i powszechne, które stanowią prawdy rodzaju ludzkiego (25) i są przyjęte przez wszystkich, mogły być szkodliwe dla nauki i krępowały postęp? Według głosu ludzi zdrowego umysłu: prawdy rodzaju ludzkiego sprzyjają rozwojowi nauki, oświecają umysł nowym światłem, które mu przewodniczy i pomaga w jego poszukiwaniach.

Owóż, nauka katolicka jest światłem nowym, silniejszym, jaśniejszym, dodanym do światła początkowego natury; dogmaty objawione przekraczają pod pewnym względem granice porządku naturalnego i tworzą w ten sposób dla uczonych chrześcijan prawdy porządku wyższego. Jeżeli ludzkość słusznie nazywa barbarzyńcami tych nędznych mędrców (26), co w swej zuchwałej zarozumiałości śmią uderzać na prawdy rodzaju ludzkiego, to katolicy w imię logiki mogą cechować tym piętnem czoła wszystkich, którzy nie przyjmują wiary katolickiej. Pod opieką racjonalistów nauka, a mianowicie filozofia, pod sztandarem której występują do walki z Kościołem, nie tylko nie czyni żadnego postępu, ale ciągle idzie wstecz; prawdy już dawno odkryte albo zostały zupełnie zaciemnione, albo przekształcone. Wiadomo, że filozofia antykatolicka, która od dawna trzyma w swym ręku berło świata, cofnęła się prawie do kolebki filozofii pogańskiej: zniosła prawdy porządku moralnego i religijnego, ale ich miejsca niczym nie zastąpiła. Czy to można nazwać postępem, kiedy tak postępować, jest to kopać grób cywilizacji, rozumowi i całemu porządkowi społecznemu.

W ubiegłym wieku między filozofami niedowiarkami przeważał materializm, co jest zupełnym pochłonięciem rozumu i ducha przez materię i siłę, a którego ojcem był sensualizm (27). W pierwszej połowie tego wieku palmę pierwszeństwa w szkołach racjonalistowskich trzymał panteizm, co jest zupełne oddanie filozofii w ręce sofistyki: oto postęp rozumu wyzwolonego z pod jarzma powagi Kościoła. Racjonalizm wygłasza z początku wszechpotęgę rozumu ludzkiego, a w końcu wykazuje jego zupełną niemoc i niedostateczność. Racjonalizm nie jest ani rozumem ani filozofią: jest on śmiertelnym wrogiem obojga, naraża ich godność i przyprawia je o zgubę tak przez zbytnią przesadę jak i zbyteczne poniżenie. Nauka katolicka, jedyna zasada postępu w naukach moralnych, sprzyja rozwojowi wszelkich nauk, i nie powstrzymuje naturalnego biegu ducha ludzkiego.

Sami uczeni czują potrzebę powagi najwyższej naukowej, która by usunęła ich wątpliwości i niepewności nie tylko w dziedzinie religii pozytywnej i nadprzyrodzonej, lecz nawet i w dziedzinie religii przyrodzonej, a co może tylko Kościół. A przeto, filozofia racjonalistowska nie wytrzymuje krytyki, napadając na powagę Kościoła w imię niezależności myśli, w imię postępu, lub w inny jaki sposób. Niezależność, której racjonalizm wymaga, jest bezzasadną, a postęp z którego się chełpi, jest tylko rozkładem i śmiercią. W naukach, które powinny rozwiązywać najwyższe zagadnienia w porządku religijnym i moralnym, a zatem i w naukach filozoficznych, nie ma prawdziwego postępu możliwego poza nauką katolicką. Rozum na to się zgadza, a doświadczenie potwierdza; stąd, św. Tomasz, Doktor Anielski, św. Augustyn, i inni nauczyciele Kościoła więcej rozwiązywali kwestyj filozoficznych, jak wszyscy razem filozofowie niedowiarkowie, co jest faktem nieulegającym żadnej wątpliwości.

–––––––––––

Ze skarbnicy wiedzy teologicznej. Studium dogmatyczne na podstawie św. Tomasza, Doktora Anielskiego. Napisał Ks. J. D., Warszawa 1899, ss. 176-215.

PRZYPISY:

(1) Moehler, Symbolika, ks. I, rozdz. 5, § 36.

(2) Katechizm Soboru Trydenckiego, cz. I, rozdz. 1.

(3) Matth. XXVIII, 20.

(4) Tak zwane w teologii: Magisterium, Ministerium et Regimen.

(5) I Corint. XII, 28; Eph. IV, 11.

(6) Concilium Tridentinum, Sessio XXIII, c. IV; cf. Act. XX, 28.

(7) Concil. Trident., Sessio XXIII, can. 6.

(8) Dzieło "Augustinus" Janseniusza.

(9) Quaestio juris.

(10) Quaestio facti.

(11) "Textus dogmatici humanae originis, scripta scil. ab homine citra divinam inspirationem composita, quae de dogmate agant". – H. Hurter SI, Theologiae dogmaticae compendium in usum studiosorum theologiae, Tomus I. Editio septima aucta et emendata. Oeniponte 1891, n. 389.

(12) Matth XVI, 16.

(13) Ibid. 18.

(14) Rzeczy jednak stanowiące istotę Sakramentów zostały określone przez samego Chrystusa.

(15) A za nimi wszyscy inni nieprzyjaciele Kościoła.

(16) Concilium Vaticanum, Sess. IV, c. 4.

(17) Matth. XVI, 18.

(18) Luc. XXII, 32.

(19) Nimis temeraria est assertio inimicorum hujus infallibilitatis, qui dicunt eam XIII s. ad finem vergente per s. Thomam, deceptum spuriis testimoniis, in theologiam scholae esse inductam: a) Quia tam antiqua est haec doctrina, quam antiqua sunt verba Christi: "Tu es Petrus", quare b) s. Thomas hanc fidem non invexit, sed in Ecclesia jam reperit. Neque confictus est c) textus s. Luc. XXII, 32, cui in primis innititur s. Thomas 2, 2. q. 1. a. 10. Cf. H. Hurter SI, Theologiae dogmaticae compendium, T. I, n 587.

(20) Nie jest dogmatem, lecz, aby nie tamować naturalną i prawowitą swobodę działalności i wpływu, rzecz konieczna zwrot Papieżowi władzy doczesnej, którą samozwańczo od r. 1870 posiada rząd Włoski (masoni). Jest to krzywda wołająca o pomstę do Boga, a w obronie więźnia Watykanu z głosem katolików całego świata, przemawia z Hagi słynny publicysta angielski p. W. Stead i z nim wielu innowierców. ("Przegląd Katolicki", Nr 30, rok 1899).

(21) Propter potiorem principalitatem.

(22) Adversus haereses, lib. III, c. 3.

(23) Teorii.

(24) S. Thomas: An intellectus noster possit cognoscere infinita? Sic, infinita in potentia, quia est eius objectum, sed non infinitum in actu, Deum non totaliter.

(25) Consensus communis naturae.

(26) Sofistów.

(27) Locke'a i Condillaka.


Pierwotnie tekst ukazał się na stronie ULTRAMONTES.pl 


______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________